sobota, 8 grudnia 2018

02.

– O matko, ale zimno – mruknął Joshua Rooney, gdy tylko zamknął za sobą drzwi domu numer dwadzieścia trzy.
Kiedy porywany przez silne podmuchy liść uderzył Josha w policzek, chłopak głęboko pożałował, że założył kurtkę bez kaptura. Jego włosy były targane na wszystkie strony, a twarz niemal boleśnie smagana przez wiatr. Zaciskając usta w ochronie przed mrozem, zaczął naprawdę zastanawiać się nad powrotem do domu i obejrzeniem meczu na jego telewizorze.
– Eee, Floyd? – zaczął Josh. – Może jeszcze wrócimy…?
– Joshie, przydałoby ci się wyjście do ludzi – odparł poważnie Floyd Lindsay.
Joshua westchnął z kwaśną miną.
– Z tego, co pamiętam, mój drogi Floydzie, tobie przydałaby się mała pomoc z infą, dobrze myślę?
Mimo zawodzenia wiatru doskonale usłyszał, jak młodszy chłopiec przełknął ślinę. A przynajmniej miał nadzieję, że usłyszał właśnie to, a nie cmoknięcie wyciąganego z błota buta.
– Rooney, to nie chcesz poznać nowej dziewczyny Warrena? – spytał Floyd po chwili. W jego głosie dało się wyczuć dezaprobatę.
Joshua na moment zamarł i szeroko otwartymi oczami spojrzał na Lindsaya, który w tym samym czasie szczelniej otulał się szalikiem.
– A właśnie, gdzie Warren?
– Jeszcze się przygotowuje. – Floyd wzruszył ramionami. – Niby zna ją od miesiąca, ale stresuje się jak cholera.
Joshua z trudem powstrzymał się od parsknięcia. Na jego twarz wpłynął niewinny uśmieszek, gdy tylko wróciło do niego wspomnienie słów, którymi straszył Warrena od ponad tygodnia.
Przedłużająca się cisza sprawiła, że Floyd poświecił towarzyszowi na twarz.
– Czemu się tak cieszysz? – spytał, unosząc lewą brew.
Rooney zacisnął usta, po czym oblizał wargi, spojrzał z powagą na Lindsaya i powoli powiedział:
– Po prostu to, że Warren stresuje się jak cholera, to tak trochę moja wina.
– Że co? – odparł Floyd ze śmiechem.
Nie zdążył jednak powiedzieć nic więcej, bo chłopcy właśnie doszli do punktu docelowego ich nieprzyjemnej wycieczki.
Wszystkie okna w domu numer czterdzieści osiem były rozświetlone. W jednym z nich, na pierwszym piętrze, Joshua dostrzegł krzątającą się, brązowowłosą dziewczynę. Josh nie był pewien, czy to po prostu świadomość, w jakim celu zmierzał do tego budynku, czy wewnętrzne oko, ale miał wrażenie, że zobaczył Chloe.
– Ty pukasz, ja mówię – powiedział od razu po wejściu po paru stopniach prowadzących do drzwi.
Floyd wzruszył ramionami i bez słowa wyminął kolegę. Zastukał trzy razy i zrobił krok do tyłu. Tuż po tym gwałtownie przechylił tułów do tyłu, a także mocno zamachał rękami. Rooney szybko się odchylił. Tymczasem Lindsay z szeroko otwartymi oczami chwytał się za barierkę, a gdy unormował pozycję, odetchnął z ulgą.
– Uważaj – mruknął Rooney. – Jeszcze się zabijesz.
Floyd zdążył jedynie lekko się uśmiechnąć, bo drzwi się otworzyły.
Stanął w nich zdecydowanie niższy od Josha chłopak. Rooney szybko zmierzył go wzrokiem i już na wstępie uznał go za wiecznie wymądrzającego się kujona.
– Eee… – zaczął chłopak, poprawiając okulary. – Wy… eee… na mecz…? – wydusił, co chwila zerkając na Josha.
– Przynajmniej tak mi powiedzieli. – Joshua wzruszył ramionami.
Floyd wydał z siebie podirytowane westchnięcie, po czym wyminął Rooneya i wyciągnął rękę do bruneta.
– Siema, Paul – zaczął wesoło. – A czemu w ogóle pytasz, po co tu przyszliśmy? Przecież sam mnie zaprosiłeś – spostrzegł, wkładając dłonie z powrotem do kieszeni.
– Sorki, Floyd, nie zauważyłem cię wcześniej i…
– Możemy już wejść do środka? – przerwał mu Rooney, przestępując z nogi na nogę. – Jest zimno, jeśli jeszcze nie zauważyłeś. Ale w sumie okulary ci zaparowały, pewnie przez to miałeś zaćmienie.
Paul podniósł wzrok na Josha i szybko skinął głową. Lindsay posłał Joshui spojrzenie przesycone dezaprobatą, zaś Rooney ze sztucznym uśmiechem przecisnął się między kolegami i wszedł do ciepłego wnętrza. Odetchnął z ulgą, gdy jego zmarzniętą twarz otuliło ciepłe powietrze. W mgnieniu oka zlokalizował wieszaki na kurtki i szafkę na buty, a gdy zostawił wszystko w odpowiednich miejscach, poczekał na Floyda i odprowadził spojrzeniem idącego do kuchni Paula, skierował swoje kroki do salonu, z którego już z daleka dało się słyszeć gwar rozmów. Po drodze Joshua przejrzał się w okrągłym lustrze i szybko poprawił ciemnobrązowe włosy; dzięki temu mógł kątem oka dostrzec Floyda, który właśnie bawił się ozdobną drabinką stojącą przy komodzie.
Rooney uśmiechnął się półgębkiem. Floyd, zaaferowany zaplataniem leżącej na ziemi gałązki wokół szczebelków, nie zauważył, jak Joshua na ugiętych nogach podchodził do niego od tyłu. Brak butów jedynie spotęgował efekt bezszelestnego poruszania się, a zarazem mocno przypominającego koci sposób chodzenia.
Joshua nachylił się do ucha Floyda. W bezruchu odczekał parę sekund.
Zacisnął usta. Cmoknął.
Prawie się roześmiał, gdy zobaczył przerażoną minę Floyda. Z rąk Lindsaya wypadła gałązka i niemal natychmiast splot wokół szczebelka rozwinął się.
– Nie wolno psuć ozdób – oznajmił Rooney z lekkim uśmiechem.
Floyd spojrzał na niego niebieskimi oczami. Wydął dolną wargę.
– Ale ty jesteś głupi.
Joshua uniósł kciuk do Floyda i poklepał go po ramieniu.
– Dobra, idź pierwszy, panie mądry.
Po wejściu do salonu Joshua miał wrażenie, że byli tam wszyscy. Dosłownie. Już na pierwszy rzut oka dostrzegł Faith i Carmen. Madelyn nie pojawiła się, bo pojechała na misję rekrutacyjna i nie było jej w kampusie. Przyszli za to Curt Hilton, Lara Madsen, Drake Alden i Caleb Zimmermann – osoby, które razem z Joshem rozpoczynały szkolenie podstawowe, ale koniec końców go nie ukończyły. Dopiero poprzedniego dnia, dwudziestego ósmego listopada, przyjechali z szarymi koszulkami, kończąc drugie podejście.
– O, hejka, Joshie i Floyd!
Joshua pewnie nigdy nie pomyliłby się w określeniu, kim była wysoka blondynka stojąca przed nim. Rówieśniczka Warrena była stosunkowo częstym gościem w ich domu, gdyż często odpisywali od siebie wypracowania, będąc na podobnym poziomie wiedzy.
Doskonale wiedziała, że nie była Joshowi na tyle bliska, żeby mówić na niego Joshie, zresztą parę razy przyznała się Dallasowi, że robiła na złość koledze. O o ile Joshua jedynie zmierzył ją lodowatym spojrzeniem, o tyle Floyd natychmiast spuścił wzrok. Na jego policzki wpłynęła soczysta purpura, a but zaczął kopać jesionowy parkiet.
– Cześć, Maureen – mruknął niechętnie Joshua.
Początkowo spróbował ją wyminąć, jednak dziewczyna natychmiast zagrodziła mu drogę.
– Gdzie Warren? – spytała, rozciągając wąskie usta w uśmiechu. – Nie przyszedł z wami?
– Nie – bąknął Rooney.
Kątem oka spoglądał na Floyda. Lindsay był wyraźnie poddenerwowany; Joshui powoli zaczął udzielać się nastrój jego przyjaciela. Lekko podrygiwał nogą. Na razie wolał nawet nie próbować wyswobodzenia się z tej niezbyt komfortowej dla niego sytuacji.
– Eee, Maureen, mogę ich już porwać?
Joshua podniósł spojrzenie na niską dziewczynę, która właśnie do nich podeszła. Rozpuszczone włosy w kolorze mlecznej czekolady sięgały jej do piersi, a ciemnobrązowe oczy spoglądały na chłopców zza wachlarza długich, pomalowanych rzęs.
– Pewnie, Chloe – odparła zaskoczona Maureen, poprawiając blond loki. – Chciałam tylko porozmawiać z kolegami…
– To teraz moja kolej na rozmowę z kolegami.
Nie czekając ani chwili dłużej, Chloe chwyciła zaskoczonego Josha za nadgarstek i pociągnęła go za sobą. Joshua, odzyskawszy świadomość, upewnił się, czy Floyd za nim szedł, po czym z łatwością wysunął dłoń z uścisku drobnej, mocno opalonej dłoni.
– Eee… – zaczął niepewnie, gdy Chloe zatrzymała się po drugiej stronie pokoju. – No cóż…
– Widziałam, że niezbyt dobrze czuliście się w jej obecności – wyjaśniła Chloe, poprawiając opadające czarne ramiączko stanika. – W sumie ja też. Jakoś jej nie polubiłam, a to nie pierwszy raz, gdy byłam z nią w jednym pomieszczeniu. Jej głos jest… dziwny. Taka fioletowa.
Joshua zamrugał dwa razy.
– Że co pro…
Jednak Floyd nie dał mu się wypowiedzieć, bo niemal równocześnie powiedział:
– Dzięki, Chloe.
– Ciebie nie pierwszy raz wyciągam z takiego czegoś. – Uśmiechnęła się szeroko. – Floyd, prawda?
Chłopiec skinął głową. Wcześniejszy rumieniec na jego twarzy stał się delikatniejszy, a ściągnięte jeszcze do niedawna usta zdecydowanie się rozluźniły.
– Chyba jeszcze oficjalnie się nie poznaliśmy – stwierdziła Chloe, wyciągając dłoń w stronę Floyda. – Cześć, Chloe.
– Pa.
Joshua, który dotychczas czuł się dziwnie, pomijany przez Chloe i Floyda, teraz musiał zasłonić usta, by głośno się nie roześmiać.
– To żeś zrobić, chłopie – wydusił, czując, jak łzy rozbawienia podchodziły mu do oczu.
Floyd spojrzał na niego i zmarszczył brwi; dopiero po chwili zreflektował się, jaką głupotę palnął i cały czerwony na twarzy wydukał:
– Eee… to znaczy… Cześć, jestem Floyd.
Chloe także była niemało rozbawiona, ale mimo wszystko była znacznie spokojniejsza od Josha, który nie powstrzymywał już śmiechu na widok miny Floyda. Chloe i Floyd uścisnęli sobie ręce, po czym Chloe zwróciła się w stronę Josha.
– A my się chyba w ogóle nie znamy – zagaiła, mierząc go wesołym spojrzeniem.
– Chyba.
Joshua przeczesał włosy, gdy po minie Chloe dostrzegł, że spodziewała się bardziej rozbudowanej odpowiedzi.
– Więc jestem Chloe Hamilton – przedstawiła się dziewczyna z lekkim uśmiechem.
– Eee… Joshua. Joshua Rooney.
Brew Chloe powędrowała wysoko w górę.
Rooney? Wziąłeś nazwisko od Wayne’a Rooneya?
– Kojarzysz Wayne’a Rooneya? – odbił Joshua z błyskiem w oczach, zakładając ręce na piersi.
– No pewnie – odparła Chloe z prychnięciem. – Jak w ogóle mogłabym nie kojarzyć tak świetnego piłkarza?
Floyd wydał z siebie przeciągłe westchnięcie. Kiedy tylko wyczuł, że prawdopodobnie szykowała się nie za bardzo interesująca go rozmowa o piłce nożnej, odszedł od Chloe i Rooneya oraz podszedł do grupki znajomych mu osób.
Joshui nie udało się stłumić uśmiechu. Szacunek, jaki odczuł do Chloe w tamtej chwili, był niewyobrażalnie potężny. Wprost nie mógł uwierzyć, że tak łatwo skojarzyła jego nazwisko z Wayne’em, nawet nie znając jego zainteresowań. Gdyby tylko mógł, najchętniej by jej przyklasnął, ale wyjątkowo zależało mu na wywarciu takiego pierwszego wrażenia, jak na każdej innej osobie. Bycie podniecającym się Wayne’em Rooneyem chłopcem zdecydowanie nie leżało w puli jego priorytetów.
– Warren parę razy o tobie wspominał – odezwała się Chloe, przeczesując włosy lewą ręką. Po tym, jak Joshua posłał jej pytające spojrzenie, szybko wyjaśniła: – Mówił, że wiecznie marudzisz, mruczysz pod nosem i ogólnie jesteś niemiły na zewnątrz, ale uroczy w środku.
Kącik ust Josha drgnął.
– Że co?
– Tylko cytuję – odparła spokojnie Chloe. – Na pocieszenie powiem ci, że mi też się tak wydaje. Brzmisz wyjątkowo… zielono. Przyjemnie.
– O co chodzi z tym brzmieniem? – mruknął Rooney.
Poczuł się dziwnie. Spoglądał na Chloe Hamilton tak, jakby postradała zmysły. Nie otrzymał jednak odpowiedzi, bo w tym samym momencie Paul wszedł na stolik kawowy i odchrząknął.
– Okej, więc… – zaczął, przeczesawszy włosy. – Mecz za chwilę się zaczyna, więc jeśli chcecie zająć normalne miejsca, to usiądźcie… chociaż w sumie większość i tak już jest zajęta, więc trochę się spóźniliście.
– Normalnie mistrz – zaśmiała się cicho Chloe, po czym puściła oczko do Josha i zajęła jedno z miejsc na środku.
Joshua jednak już szukał wzrokiem kogoś znajomego, żeby nie trafić obok siedzącej na poboczu w samotności Maureen. Ku jego uciesze pomiędzy Faith i Carmen było jedno wolne miejsce. Szybko się rozejrzał i pomaszerował w stronę dziewczyn.
– Siemano – przywitał się, lądując na miękkim pufie.
– Rooney, idź stąd – jęknęła Faith i zaczęła lekko odpychać Josha. – Zawsze się drzesz na meczach.
– Plus jeden – odparła Carmen z szerokim uśmiechem. – Znajdź sobie innych kolegów.
Joshua przewrócił oczami i tylko się przeciągnął.
– Ale, moje drogie – stwierdził błogo – teraz chcę spędzić z wami czas. Zawsze narzekacie, że jestem aspołeczny, to teraz się mną nacieszcie, fy annwyl.
Faith i Carmen spojrzały po sobie. Hemmings uniosła brew w górę i prześwidrowała Josha wzrokiem, powąchała go i poważnie spytała:
– Ty piłeś?
Joshua, słysząc tę obelgę, zamarł. Powoli i z zaskoczeniem spojrzał na Faith.
– Skąd takie przypuszczenie?
– Zwykle jak człowiek się napije, jest milutki i potulny. Ty teraz taki jesteś. I śmierdzisz.
Rooney aż sam podciągnął krawędź bluzy pod nos i powąchał. Lekko się skrzywił, gdy poczuł znajomą woń alkoholu, ale kompletnie nie mógł pojąć, skąd ten zapach wziął się na jego ubraniu. Z tego, co pamiętał, nie wypił ani kropelki alkoholu od imprezy na misji w Londynie, więc cała ta sytuacja wydawała mu się jeszcze bardziej abstrakcyjna. Spoglądał na bluzę ze zdziwieniem, lekko podciągając rękawy.
– Joshie, a ty nie masz przypadkiem bluzy Warrena? – spytała wreszcie Carmen.
– E no, fakt. Chyba Warren w takiej chodził – zgodziła się Faith, lustrując mały napis po lewej stronie klatki piersiowej Josha. Tuż po tym dodała z rozbawieniem: – Skąd ty masz bluzę Warrena?
Joshua wzruszył ramionami. Sam nie pamiętał, jakim cudem w jego szafie znalazła się śmierdząca bluza Warrena i jakim cudem nie spostrzegł, że założył nie swoją bluzę.
Jego refleksje nie mogły trwać długo, bo właśnie do salonu weszła osoba wyczekiwana od początku. Gwiazda wieczoru weszła do środku iście pewnym siebie krokiem. Warren Dallas założył rzucającą się w oczy koszulę w czerwono-czarną kratę, niedbale wkładając jedną stronę w spodnie. Przejechał dłonią po blond włosach, a gdy wyczuł, że wszyscy mu się przyglądali, zapytał:
– No co?
Gdy mijał Josha, Rooney nieco się skrzywił.
– Ale się wyperfumowałeś – odezwał się głośno Joshua z krzywym uśmiechem. – Jeszcze trochę i będziesz mógł odstraszać robale.
Parę osób się zaśmiało, włącznie z Faith i Carmen. Dallas zdawał się nie usłyszeć tej uwagi, bo bez słowa, ale za to z szerokim uśmiechem przecinał przytulny salon. Każdy się domyślał, w czyją stronę chłopak się kierował. Oczy wszystkich zgromadzonych powędrowały na drobną dziewczynę siedzącą na parapecie i z takim samym uśmiechem wyczekującą Warrena.
W tle rozbrzmiewały końcowe kwestie komentatorów czekających na rozegranie meczu Arsenalu i Worskły. Powoli rozpoczynający się mecz nie przeszkodził większości młodzieży na zaklaskanie, gdy Warren i Chloe przytulili się.
Joshua odruchowo odwrócił wzrok i posępnie zaczął wpatrywać się w duży ekran. Gdy tylko kątem oka spojrzał na przyjaciela i jego dziewczynę, poczuł dziwne, dławiące ukłucie w sercu.
– Ojejku, jak słodko – powiedziała Faith, składając ręce. – Też bym tak chciała.
– To bierz Josha i jazda – zaśmiała się Carmen.
Po plecach Joshui przebiegł zimny dreszcz. Czuł na sobie wzrok Faith, więc jedynie bardziej się zgarbił w pozycji niepozostawiającej wątpliwości, że nie chciał przeżywać żadnej jazdy. Czuł, jak serce zaczęło mocniej mu bić. Przez chwilę nawet wyobrażał sobie, że…
Nie. Stop.
Krótko westchnął, przeczesał włosy i nie odezwał się.
– Coś ty, Carmen – odezwała się Faith. Josh usłyszał w jej głosie dziwnie nienaturalną nutę. – To frajer. Nawet bym go nie dotknęła.
Joshua rozciągnął usta w niewesołym grymasie.
– Dzięki, że wreszcie powiedziałaś, co o mnie myślisz – mruknął.
Czuł, jak krew pulsowała mu w skroniach. Jeszcze bardziej się zgarbił i nawet nie słuchał słów, które później Faith miała mu do powiedzenia.
Zaczął się mecz.
Joshua, nawet jeśli udawał aspołecznego gbura bardziej niż zwykle, odruchowo stopniowo się prostował wraz z rozwojem akcji na ekranie. Nawet nie czuł na sobie wzroku Faith, która od czasu do czasu zerkała na niego z lekkim uśmiechem.
Rooney lekko uniósł się na pufie, gdy Worskła prawie trafiła do bramki. Ktoś krzyczał o niecelnych podaniach. Ktoś inny wściekle przeklinał, kiedy Arsenal nie trafił. Napastnik Arsenalu sam prowadził piłkę. Joshui serce się krajało, gdy widział, jak zawodnik Worskły podbiega do Brytyjczyka i…
– No podaj mu! – zawołał, zaciskając kciuki.
Gdy Worskła przejęła piłkę, Joshua zaklął pod nosem.
– Pierdolę, wychodzę! Co oni robią?! – zawołał ktoś, uderzając się w uda.
Carmen ze spokojem jadła popcorn, chociaż po wzroku wlepionym w ekran można było poznać, że i ona była całkiem zainteresowana rozgrywką.
– Ja pierdolę! – wrzasnął Rooney, gdy napastnik Arsenalu trafił daleko poza bramkę. – A potem płacz, że ledwo trafiacie do Ligi Mistrzów!
Parę osób się zaśmiało, niektórzy zgodzili się z Joshem, zaś on sam wściekle mamrotał coś pod nosem. Nagle poczuł, jak czyjaś dłoń dotknęła jego ramienia. Spojrzał z zaskoczeniem w tamtą stronę i dostrzegł, że była to Faith.
– Spokojnie – powiedziała z wesołymi iskierkami w oczach. – Z takimi płucami nadawałbyś się na komentatora.
Rooney uciszył ją gestem i pochylony wprzód śledził dalszą akcję.
– No podaj mu! – zawołał Drake, kiedy zawodnik Arsenalu podbiegał do bramki przeciwników.
– Co ty robisz, chłopie! – dołączył się Joshua. – Ach, cholera, nawet moja babcia by lepiej zagrała!
– Chyba się przeliczyłeś – odparł ktoś.
Joshua jak w zwolnionym tempie widział, jak Rowe trafił do bramki w dziesiątej minucie. Początkowo nie rozumiał, co się wydarzyło. Dopiero po chwili dotarło do niego, że Arsenal strzelił pierwszego gola. Niemal wszyscy poderwali się do góry.
Wrzask, jaki rozległ się po domu, był niewyobrażalnie głośny. Zgromadzeni nie musieli wykrzyczeć żadnego zdania, by w ich tonie dało się wyczuć zwycięstwo pomieszane z triumfem i dumą.
– Brawo, Rowe! – wrzasnął Warren, bijąc się w pierś.
Drake chcąc, nie chcąc, musiał wcześniej zająć miejsce obok telewizora. Gdy teraz poderwał się w górę, zahaczył ręką o ekran. Gdy Drake wyswobadzał rękę, przechylił monitor do przodu.
Nikt nie zdążył zareagować.
Zduszony okrzyk Drake’a. Brzęk tłuczonego szkła.
– Coś ty zrobił, debilu?!
Zapadła ciemność.
– Ja pierdolę, żyję z debilami…
– Co się stało?
– Gdzie jesteśmy?
– W piekle – warknęła Faith.
– Ej, nie obejrzymy dalej meczu!
– Kto się pobawi w elektryka?
– Pomocy, chyba wbiłam sobie coś w rękę!
– Szkło wpadło mi do popcornu!
Joshua odruchowo otworzył szeroko oczy, próbując dojrzeć coś w ciemności. Nie widział niczego także za oknem, mimo iż w domu obok powinno świecić się światło. Potrącając parę osób, po omacku podszedł do parapetu. Kiedy wreszcie wymacał szybę i wyjrzał na zewnątrz, zobaczył jedynie ciemność.
Całe osiedle nie miało prądu.
Joshua przełknął ślinę. Chyba zbliżała się apokalipsa.

*

– Leci samolocik…
– Zamknij się, Williams.
Joshua wygodnie rozłożył się na beżowej kanapie w salonie i leniwie krążył po wszystkich kanałach telewizyjnych, na żadnym nie zatrzymując się na dłużej. Parę razy wcisnął dwa razy jeden przycisk; była to jedynie wina Carmen, która robiła w kuchni coś z kotem. Coś dlatego, że Joshua podjąłby za duży wysiłek, wykręcając szyję w stronę kuchni. Po drugie chyba nawet nie chciał wiedzieć.
W pewnym momencie zaalarmowały go miauknięcia kota, króla tego domu. Obrócił głowę na tyle, na ile zdołał, jednak kąt widzenia wciąż nie pozwalał mu na przeprowadzenie pełnoprawnego wywiadu, dlatego leniwie machnął ręką i wrócił do przeskakiwania z kanału na kanał.
Carmen pisnęła. Coś tępo spadło na podłogę.
– Ugryzł mnie!
Biały kot ze zjeżoną sierścią na ogonie podbiegł do sofy. Gdy tylko zobaczył, kto się tam rozwalił, jego ogon zadrżał i uniósł się w górę. Nie czekając ani chwili dłużej, Luke wskoczył na kanapę obok Josha i wbił łepek pod jego rękę. Rooney odłożył pilot i spojrzał na zwierzaka, po czym uniósł brew.
– Williams, co ty mu zrobiłaś? Zgwałciłaś go? – spytał głośno.
Uspokajająco głaskał kota, podczas gdy Carmen powoli do niego podchodziła.
– Nie, po prostu…
Nagle ktoś zbiegł po schodach. Joshua odwrócił głowę w tamtą stronę, ale ku swemu zawodowi nie zobaczył nic więcej oprócz oparcia sofy. Floyd oparł się właśnie o nie i tylko dzięki temu Joshua mógł zobaczyć reakcję Lindsaya na widok czerwonej na twarzy Carmen.
– Eee, wiecie może, czy o tej godzinie jest otwarty główny budynek? – spytał Floyd.
Joshua uniósł brew w wyraźnym zaskoczeniu. Przede wszystkim o wiele bardziej spodziewał się pytania o to, co się wydarzyło, ale także nawet w najbardziej wymyślnych scenariuszach nie obstawiałby, że Floyd zechce o tej godzinie pójść do głównego budynku.
Odkąd powstało Miasteczko Cherubinów i wszyscy agenci – dwieście sześćdziesiąt cztery osoby, które zdały szkolenie podstawowe po ukończeniu jedenastu lat i czterech miesięcy, kończąc na tych siedemnastoletnich pełnoprawnych szpiegach – przeprowadzili się tam, główny budynek znacznie opustoszał. W miesiąc po otwarciu, we wrześniu, wszyscy koordynatorzy, którzy nie mieszkali poza kampusem, przenieśli się do osobnych mieszkań w Miasteczku, zwalniając tym samym kolejne dwa piętra z dziewięciu.
Sekretariat wciąż urzędował blisko Zary Asker, prezeski CHERUBA, która póki co wolała nadzorować wszystko jeszcze z głównego budynku. Tak samo osoby, które w piwnicy katalogowały dokumenty i przepisywały je na chmurę, pozostały razem ze swoją szefową. Wyburzanie głównego budynku miało rozpocząć się wiosną dwa tysiące dziewiętnastego roku, więc do tego czasu należało ukończyć wszystkie prace.
– Floyd – mruknął Rooney, zerkając na zegarek w telefonie – jest siódma wieczorem. Na pewno główny budynek już nie jest otwarty, a na pewno nie dla ciebie.
Lindsay chytrze się uśmiechnął.
– Muszę tam sprzątać jeszcze przez dwadzieścia sześć godzin – stwierdził, zacierając ręce. – Wpuszczą mnie, ale tylko wtedy, gdy jest otwarte, więc…
Joshua cicho śmiał się pod nosem, kiedy słuchał pierwszego wytłumaczenia przyjaciela.
– Za co kazali ci sprzątać główny budynek? Znowu przyłapali cię na dręczeniu Klopsa?
– Ty kiedyś dręczyłeś psa Zary?! – odezwała się Carmen i wytrzeszczyła oczy.
Floyd spiorunował wzrokiem Josha, po czym pokręcił głową.
– Długa historia, ale wracając… jest jeszcze otwarty?
– Ale opowiedz o tym Klopsie...
– To chyba ty powinieneś wiedzieć, panie sprzątaczu. Chyba dobrze szorujesz kible? Wiesz, jak Ewart się…
– Floooyd, no proszę, opowiedz coś…
– Zamknij się – powiedzieli równocześnie Lindsay i Rooney.
Kącik ust Josha drgnął, zaś Floyd z zaciśniętymi ustami przypatrywał się skonsternowanej Carmen.
– Dobra, wracając… – mruknął Lindsay po chwili. – Dzięki za informacje. Idę, mam dodatkowy trening na dojo. Cześć.
Joshua pomachał mu bez słowa i wrócił do oglądania wiadomości sportowych, zaś Williams śledziła Floyda wzrokiem do momentu, w którym nie zniknął za ścianą dzielącą salon i korytarz. Gdy oboje usłyszeli dźwięk zamykanych drzwi, Carmen odchrząknęła.
– On coś kombinuje – powiedziała. Oparła przy tym ręce na biodrach, a następnie zacisnęła usta.
Lewa brew Josha powędrowała w górę.
– Co niby ma kombinować? – mruknął. – Przecież na tym poziomie, na którym jest, musi mieć jakieś dodatkowe treningi, no nie?
– Nie o to chodzi. – Pokręciła głową Carmen. – Bardziej o to pójście do głównego budynku. Nikt tam nie chodzi od września, po co by miał niby chodzić tam sam z siebie?
– Bo ma karę i musi sprzątać?
Williams otworzyła usta, ale niemal natychmiast je zamknęła. Tuż po tym westchnęła, machnęła ręką, znów westchnęła i usiadła na drugim końcu sofy. Joshua nawet nie prześlizgnął się wzrokiem po koleżance, tylko wciąż niewzruszony oglądał powtórkę wczorajszego meczu siatkówki, niemal machinalnie głaszcząc kota.
– Nie mogę uwierzyć, że już niedługo będą święta… – westchnęła.
Joshua powoli opuścił na nią wzrok.
– Laska – zaczął z krzywym uśmiechem – nie ma nawet grudnia, a ty już o świętach.
– No bo powoli trzeba ozdabiać dom i w ogóle…
– Czy ty mi właśnie sugerujesz, że powinienem ozdobić ten dom? – spytał Rooney, unosząc brew.
Uśmiech na jego twarzy zgasł momentalnie.
– No nie tylko ty, ale wszyscy moglibyśmy tak, wiesz, założyć jemiołę, jakieś girlandy, swetry z reniferami, włączyć Let it snow i…
Joshua przerwał jej prychnięciem. Spojrzał na nią tak, jakby właśnie powiedziała najgłupszą rzecz w całym swoim życiu, a doskonale pamiętał gorsze wypowiedziane przez nią słowa. Jednocześnie poczuł, jakby coś przeraźliwie zimnego wbiło mu się w serce. Przeczesał włosy.
Na powrót powrócił do całkowicie zobojętniałej miny, chociaż w jego wnętrzu wciąż coś się kotłowało i kompletnie nie rozumiał, co.
– Carmen… – zaczął po chwili. Przeklął w duchu, gdy uświadomił sobie, że nie udało mu się uspokoić drżenia głosu.
Dziewczyna spojrzała na niego z rozmarzonym uśmiechem wymieszanym z zaskoczeniem na twarzy.
– Wow, nie pamiętam, kiedy ostatnio powiedziałeś do mnie po imieniu.
Rooney przełknął ślinę i skinął głową.
Ewidentnie działo się z nim coś niedobrego. Kolejny raz przejechał dłonią po włosach, ale tym razem to nie zadziałało.
Już miał się odezwać kolejny raz, gdy nagle usłyszał kroki. Kolejna osoba schodziła ze schodów. Tym razem Joshua podniósł się i z wyrazem wdzięczności w oczach zwrócił głowę w tamtą stronę. Wdzięczność natychmiast go opuściła, a na jej miejsce wstąpiło potworne zażenowanie.
Warren Dallas ledwo stał na nogach. Gdy pokonywał drogę od schodów do kanapy, widocznie się chwiał; dodatkowo na jego bluzie znajdowało się coś zielonego, czego pochodzenie było nieznane. Włosy w potwornym nieładzie, znacznie większym, niż ten artystyczny. Warren mamrotał coś pod nosem.
Joshua wzniósł dłoń do czoła i zasłonił oczy. Wziął głęboki wdech i od czasu do czasu zerkał na przyjaciela, który w niezbyt trzeźwym stanie podchodził do niego. Kiedy Warren go minął i ruszył dalej, Josh poczuł niewyobrażalnie mocny smród. Mimo wszystko znajomy smród.
Alkohol pomieszany z potem.
Kiedy Dallas go minął i Joshua opuścił rękę, odruchowo skrzyżował spojrzenie z Carmen. W jej oczach także dostrzegł zaniepokojony błysk.
– Będziesz oglądać? – spytał zachrypniętym głosem.
Carmen pokręciła głową.
– Zwijasz się już?
– Noo – potwierdził Rooney, drapiąc się po głowie. – Możesz wziąć Luke’a. Ja… powiedzmy, że będę gdzie indziej.
– Mogę później do ciebie wpaść?
Josh uniósł brew.
– Nawet wolę nie pytać, w jakim celu.
Rozciągnął usta w sztucznym uśmiechu, widząc rumieniec na twarzy Carmen. Pomyślał, że już śmiało mógłby zrobić dwugodzinną kompilację złożoną z wypieków Williams, a i tak każdy byłby inny, przeznaczony na osobną okazję.
Jednak ta mała radosna myśl zgasła od razu, gdy usłyszał, jak Dallas wymiotował do kuchennego zlewu. Przez moment jego nogi chciały go pokierować w jego stronę, jednak niemal od razu westchnął i pokręcił głową.
– To i tak nie moja sprawa – mruknął pod nosem, wsadzając lewą rękę do kieszeni. – Jemu już chyba nic nie pomoże.

*

W drodze ku wyjściu z centrum medycznego Joshua dotykał swojego przedramienia tak, jakby nagle magicznie wyrosło, a patrząc na jego wcześniejszą sytuację – co najmniej odrosło. Dziesiątki razy kręcił nadgarstkiem, z rozszerzonymi szeroko oczami wpatrując się w mechanikę stawu. Delikatny uśmiech błądził na jego twarzy. Po pięciu tygodniach mógł normalnie włożyć prawą rękę do kieszeni albo przeczesać dłonią włosy.
Kiedy przemierzał korytarz, nogi same zdawały się go nieść ku wyjściu, a chłopak doskonale pamiętał, jak po ostatnich badaniach musiał bacznie obserwować znaki na ścianach. Teraz najwyraźniej chciały przyspieszyć podzielenie się radosną nowiną.
Wreszcie ściągnął gips.
Nawet jeśli podczas uwalniania ręki dobitnie uderzyły w niego okoliczności złamania, znacznie bardziej przejmował się całym zajściem i zwyczajną wolnością.
– A ty co taki wesoły?
Wciąż miał na twarzy głupkowaty uśmieszek, gdy podniósł wzrok na stojącą przed nim dziewczynę. Natychmiast opuścił obie ręce, odchrząknął i podrapał się po ustach, zdzierając uśmiech.
– Eee… – zająknął się.
W jego myślach ta odpowiedź wyglądała zupełnie inaczej.
Faith Hemmings założyła ręce na piersiach i uniosła brew, spoglądając na Josha z wykrzywionymi ustami. Rooney przełknął ślinę.
– No… eee… to znaczy… – zaczął, drapiąc się po głowie. Wreszcie rozciągnął usta i złożył ręce zamaszystym gestem. – Taa… Ściągnąłem gips.
– Och, no wreszcie! Z tą złamaną ręką byłeś strasznie ograniczony. Nie mówię, że ogólnie nie jesteś ograniczony, ale jednak…
Rooney spojrzał na nią ukosa.
– Chyba porządnie powinnaś zastanowić się nad tym, kogo nazywasz ograniczonym. Ostatnio nawet nie wierzyłaś, że spe…
– Dobra, oszczędź mi tych biologicznych szczegółów.
– ...cjalne kompy do gier istnieją – dokończył Joshua.
Faith jednak na dłużej zatrzymała wzrok na jego drgającym uśmieszku i odwzajemniła gest przyjaciela w trochę bardziej rozbawiony sposób, ale nie podjęła tego tematu. Zamiast tego oparła się o ścianę i poprawiła włosy.
– To co, wracamy do gry? – spytała wesoło.
Rooneyowi jednak ani trochę nie udzielił się jej entuzjazm, bo posępnie zaprzeczył ruchem głowy.
– Nie ma szans – mruknął, spuszczając wzrok na jasnozieloną podłogę. – Nie mogę grać co najmniej do lutego… rehabilitacja czy coś w tym rodzaju. Jenkins już ostatnio mi o tym mówił.
– Ej, no nie gadaj, że tak długo!
– Niestety – westchnął Rooney. – Chyba wiesz, że jeśli tylko bym mógł, wróciłbym do gry od razu po powrocie z misji.
Faith uniosła brew.
– Nie wróciłbyś. Jesteś leniwą dupą i pewnie odczekałbyś co najmniej tydzień, a Jenkinsowi byś wciskał, że jesteś zmęczony misją.
Rooney przełknął ślinę.
– Nie, no co ty – prychnął i machnął ręką z lekceważeniem. – Wcale nie robiłem tak z innymi nauczycielami…
– I co?
– No jak to co? Od jutra mam już umówione kolejeczki grabienia liści. Jest grudzień i zimno jak… w sumie nie wiem gdzie. Ale bardzo zimno.
Faith krótko się zaśmiała.
– Czy ty naprawdę nie możesz wytrzymać chociaż tygodnia bez jakiejś kary…?
Joshua spojrzał na nią z powagą. Lekko zmrużył oczy, przekrzywił głowę i wpatrywał się dobre dziesięć sekund w miodowe oczy Faith. Ta wreszcie westchnęła i już otworzyła usta, by coś powiedzieć…
– Mogę wytrzymać. Raz udało mi się dziewięć dni – powiedział Joshua majestatycznie.
Jego ton głosu i samo spojrzenie sprawiły, że Faith nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Joshua zaś jedynie delikatnie się uśmiechnął, jednocześnie czując, jakby coś przewracało mu się w żołądku i właśnie dlatego ten uśmiech bardziej przypominał grymas.
W jednej chwili Joshua zamarł, przypomniawszy sobie wcześniejsze słowa Faith.
Chyba ją mam.
Odchrząknął i powoli, jakby próbując nie naruszyć jednocentymetrowej pokrywy lodu w ciepłą zimę, zaczął:
– Ale zaraz, mój kwiatuszku. Czy ty powiedziałaś: wracamy do gry? Czemu my? – Widząc zdumienie na twarzy Hemmings, z rozbawieniem dodał: – Nie grałaś, bo ja nie grałem?
– Eee… nie…
To mu w zupełności wystarczyło. Odruchowo się wyprostował, a triumf zagościł na jego twarzy. Spojrzał na Faith zupełnie tak, jakby właśnie ustrzelił swą największą zdobycz. Powoli do niej podszedł.
– A tak w ogóle to co ty tu robisz? – spytał w drodze. – Przyszłaś do jakiegoś psychiatry?
Gdy wypowiedział ostatnie słowo, zatrzymał się. Faith i Josha dzielił około dwudziestocentymetrowy odstęp, jednak ani jedno, ani drugie nie wycofało się.
– No nie. – Pokręciła głową Faith. – Za dziesięć minut mam badania.
– Jakie niby?
– Na pewno nie na upośledzenie umysłowe, co pewnie chciałeś powiedzieć… – przerwała, badając reakcję Josha. Teatralnie przewróciła oczami. – No wiedziałam… Ale w każdym razie po prostu takie rutynowe, bilans czy coś w tym rodzaju. Ma się to co rok.
Joshua skinął głową.
– Poza tym jeszcze musiałam dostać papierek na to, że jestem na tyle zdrowa, żeby na luziku pójść na wielki mecz paintballa.
Wielki mecz paintballa? – spytał Joshua, marszcząc brwi. – Skoro taki wielki, to czemu nic o nim nie wiem?
– Cóż, nie mam takich informacji – stwierdziła Faith. Kolejny raz przejechała bronią po brązowych włosach. – Możesz pójść zapytać Setha, on to organizuje.
– I tak mnie pewnie nie puści…
– No spróbuj chociaż. Akurat ten mecz jest zarezerwowany dla szarych koszulek, dzielimy się na cztery drużyny i… będzie fajnie, dawaj – namawiała dalej Faith.
Joshua wzruszył ramionami.
– Mówię, że pewnie mi nie pozwoli… i czemu aż tak bardzo chcesz, żebym tam był?
– Będzie Maureen. A ty, z tego co widzę, nie za bardzo się z nią lubisz.

*

Joshua, widząc znajomą osobę zmierzającą prawdopodobnie do tego samego punktu, co on, znacznie przyspieszył kroku. Uważnie obserwował, czy dziewczyna skręci w odpowiednią stronę; gdy zrobiła właśnie tak, zawołał:
– Brianna, czekaj!
Brunetka z zaskoczeniem obejrzała się za siebie. Chwilę mierzyła nadciągającego Josha wzrokiem, aż wreszcie całkowicie odwróciła się w jego stronę i delikatnie uśmiechnęła, opierając dłonie na biodrach.
– No, no, chyba w najlepszych snach nie wyobrażałam sobie, że kiedyś będziesz do mnie biegł – stwierdziła radosnym tonem.
– Bo ja jestem poza twoimi marzeniami, już zapomniałaś? – spytał Joshua, równając się z dziewczyną.
Brianna przewróciła oczami.
– To ty mówiłeś, że nawet kijem byś mnie nie dotknął, czy na odwrót…?
– Nadal nie zmieniłem zdania.
– Tsa – prychnęła Brianna. – Po co w takim razie mnie tu zatrzymałeś? Na uroczą pogawędkę czy znowu założyłeś się ze swoimi kumplami, że wyrwiesz jakąś starszą laskę?
Joshua spojrzał na nią z zaskoczeniem.
– Skąd ty niby o tym wiesz?
– To serio się założyłeś?
Joshua wzniósł oczy ku niebu.
– No nie – mruknął z niezadowoleniem. – Bardziej chodziło mi o to, skąd wiesz, że mieliśmy mały zakładzik z kumplami.
Brianna uniosła brew i spojrzała na Josha tak, jakby właśnie stwierdził, że żyrafy samoistnie bytowały w Wielkiej Brytanii. Lekko przekrzywiła głowę, zacisnęła usta i zaczęła bębnić palcami o kurtkę.
– Joshie – zaczęła poważnym tonem – w kampusie nic się przed nikim nie ukryje. Kiedy znajdziesz sobie jakąś dziewczynę… nie to, że jakaś by ciebie zechciała… na drugi dzień wszyscy będą o tym wiedzieć.
– Dzięki za tę życiową wskazówkę – odparł Rooney kwaśno. – Będę pamiętać.
Brianna posłała młodszemu koledze figlarne spojrzenie i ruszyła w dalszą drogę do centrum planowania misji. Rooney bez ociągania podążył za nią, na co dziewczyna zareagowała wysokim uniesieniem brwi. Josh spojrzał na nią pytająco.
– Rooney – zaczęła ostro – ja rozumiem, że dopiero ściągnąłeś gips, ale chcesz do niego wrócić?
– Niby dlaczego? – wypalił Rooney, nieco zdziwiony atakiem.
– Łazisz za mną.
– No przecież i tak idziemy w to samo miejsce, co ty taka nerwowa? Okres masz czy co? – mruknął, wsadzając ręce do kieszeni.
Brianna spiorunowała go spojrzeniem. Joshowi nie pozostało nic innego jak tylko przeciągłe westchnięcie, więc nie odzywał się ani słowem, gdy Devy raczyła go długą opowieścią o tym, co może mu zrobić. Pierwszy raz stwierdził, że chyba warto było czasami skłonić głowę. Doszedł także do wniosku, że to chyba pierwszy i ostatni raz, kiedy wykorzystywał Briannę do własnych interesów.
– ...ale w sumie naciesz się jeszcze chwilę tym, że uwolniłeś tę rękę. Potem możemy spotkać się na dojo.
– Okej – odpowiedział bez przekonania Rooney.
– I pamiętaj, że…
– Dobra, już się zamknij – przerwał jej Josh, wywracając oczami. – Otwieraj te drzwi. Jak skaner się znowu zatnie, to będzie twoja wina.
Brwi Brianny powędrowały w górę.
– Szedłeś za mną tylko po to, żeby nie musieć otwierać drzwi?
Joshua wzruszył ramionami. W gruncie rzeczy wolał nie wyjawiać smutnej prawdy, toteż w ciszy poczekał, aż Brianna zrobi to, co do niej należało. Skaner siatkówki oka, pewnego rodzaju zamek na drzwiach prowadzących do centrum planowania misji, mimo wszystko często nie chciał współpracować i Joshua chyba nie potrafiłby zliczyć, ile razy przeklinał przez tę niepokorną rzecz. Złośliwość rzeczy martwych tylko namawiała go do tego, żeby napisał do Zary bezimienną petycję o zniesienie skanera siatkówki na rzecz czegokolwiek innego.
Brianna jednak miała takie szczęście, że drzwi otworzyły się bez problemu. Na małym ekraniku pojawił się napis, gdzie powinna zmierzać; Joshua ze zdziwieniem dostrzegł, że był tam wymieniony pokój…
– Czeka cię kolejna misja z Jamesem? – wyrwało mu się.
– A co ty nagle taki zainteresowany?
Joshua przewrócił oczami.
– Noo, kolejna… najgorsze jest to, że chyba nie wrócę na święta. Znaczy… jeszcze nie wiem, co to za misja, ale ponoć czeka mnie czarna koszulka.
Joshua skinął głową. Nawet nie myśląc o przejściu kontroli skanera siatkówki, pewnym krokiem wszedł przez drzwi i ruszył do windy. Ze zdziwieniem zauważył, że Brianna wybrała schody; ale to nie w jego zadaniach leżało ocenianie innych, dlatego bez żadnego, chociażby najmniejszego spojrzenia więcej podszedł do panelu.
Minutę później był już na odpowiednim piętrze i spośród dziesiątek gabinetów szukał tego jednego, które miało go poprowadzić do krainy błotem i farbą płynącej. Jako iż pokoje były ułożone alfabetycznie nazwiskami, Joshui nietrudno było znaleźć ten właściwy. Z tego co pamiętał, Pettigrew powinien znaleźć w drugim szeregu.
Przez pewien moment czuł się… inaczej. Nawet nie chodziło o to, że bardzo dawno go tu nie było; widok idealnie wypolerowanej beżowej podłogi sprawiał, że Rooney miał wrażenie bycia w jakiejś alternatywnej, niebrudzącej się rzeczywistości. Na suficie położono różnokształtne kawałki luster, poprzecinane szarymi kawałkami.
Joshua szedł dotychczas żółtym jak słoneczniki korytarzem; gdy przed oczami przemknęła mu literka P, natychmiast skręcił w miejsce, gdzie ściany były ciemnoszare i działały odrobinę na zasadzie luster, chociaż odbicie w nich nie było aż tak wyraźne.
Rooney, przemierzając ten korytarz, za każdym razem wyobrażał sobie to, że znalazł się na innej, znacznie bardziej unowocześnionej planecie. Albo chociaż Japonii.
Stanął przed odpowiednimi drzwiami. Zapukał.
– Proszę!
Odchrząknął, nacisnął klamkę i powoli, wyprostowany, wszedł do środka.
Seth Pettigrew siedział na czarnym fotelu biurowym bokiem do ogromnej, przeszklonej ściany, tak naprawdę składającej się z luster weneckich. Z biura rozciągał się widok na całą południowo-wschodnią część kampusu, czyli lasy ciągnące się przez parę kilometrów za potężnym murem. Joshua o mały włos nie wszedł w kwiatka z twardymi liśćmi, który stał tuż przy drzwiach.
– Eee… Dobry – mruknął Joshua, otrzepując lewe, nadszarpnięte przez roślinę, ramię.
– Cześć, Josh – odparł Seth dźwięcznym głosem. – Co cię tu sprowadza? Z tego, co pamiętam, nie miałem cię zapisanego w moim notesiku…
Seth Pettigrew zatrudniony został w zeszłym roku i obecnie wciąż nosił miano młodszego koordynatora misji. Zresztą Pettigrew bardziej od nadzorowania akcji CHERUBA lubił różnego rodzaju taktyki wojenne. Najwięcej pomysłów na to, jak szkolić młodych agentów pod względem iście militarnym, wypłynęło właśnie z głowy paroletniego oficera, a zarazem byłego członka CHERUBA.
Rooney ruszył do fotela wskazanego przez Setha i ostrożnie zajął na nim miejsce.
– Eee… noo…
– Nie jąkaj się, tylko mów.
Joshua odchrząknął.
– No bo… ogólnie to słyszałem, że organizujesz mecz paintballa i…
– Chciałeś się zapisać? – podsunął Seth. Kiedy Joshua skinął głową, Pettigrew tylko się zaśmiał i oparł dłonie na biurku, uprzednio przesunąwszy laptop. – Przykro mi, ale nie ma szans. Jeśli mam właściwe informacje, niedawno złamałeś rękę.
– Czy ja wiem, czy tak niedawno? – mruknął Josh, drapiąc się po karku. – Ale mniejsza o to, ściągnąłem już gips…
– To nie ma znaczenia – westchnął mężczyzna. – Posłuchaj, Joshua. Gdybym tylko mógł, do ciebie pierwszego podszedłbym z informacją o tym meczu, ale twój stan zdrowotny po prostu na to nie pozwala – stwierdził, wzruszając bezradnie ramionami. – A, właśnie. Wróciłeś już do treningów na dojo?
Joshua pokręcił głową.
– A do gry w piłkę? A do jakichś innych sportów?
Kolejne pokręcenia głową sprawiły, że na twarz Setha wstąpił lekki uśmiech.
– Sam widzisz. Skoro nie możesz robić takich rzeczy, to paintball też nie wchodzi w grę.
– Czyli do marca mam siedzieć na dupie i nic nie robić, bo milion lat temu ściągnąłem gips? – wypalił Joshua, zakładając ręce na piersi.
Zdał sobie sprawę z tego, co powiedział, dopiero wtedy, gdy wyraz twarzy Setha stężał. Josha przeszył dreszcz, ale w jego wyglądzie zewnętrznym nie można było dostrzec żadnej zmiany.
– Josh – zaczął Seth, wygodniej rozsiadając się na fotelu – doskonale rozumiem, że najchętniej już poszedłbyś robić to wszystko, co wcześniej, ale rehabilitacja też przecież jest ważna. Poza tym pamiętaj, że nie od razu po złamaniu do ręki wraca siła i nawet jeśli myślisz, że już mógłbyś przenosić góry, to tak naprawdę jest w tym trochę… zbyt optymistycznych założeń – wyjaśnił, zakładając ręce za głowę. Joshua dopiero teraz zwrócił uwagę na jego nieskazitelną łysinę.
Rooney zacisnął usta i spuścił wzrok na podłogę.
– Powiedz prawdę – czy mimo zdjęcia gipsu przypadkiem nie boli cię czasami ręka?
– Pobolewa – przyznał Joshua mruknięciem.
Seth skinął głową z wyrazem: A w takim razie?. Joshua zaś, zaciskając szczękę, w głębi duszy zgodził się z mężczyzną, ale za żadne skarby świata nie przyznałby się do tego otwarcie.
– No dobra, skoro nie mogę brać w tym udziału, to nie będę nalegać… – stwierdził, odwracając wzrok.
– Joshua, no – odparł zniecierpliwiony Seth. – Nie, że nie możesz. Pomyśl, że lepiej będzie, jeśli za jakiś czas wrócisz do wszystkich sportów z prawdziwą siłą i bez obaw, że znów coś złamiesz. Teraz musisz się oszczędzać, ale za jakiś czas…
Rooney przerwał mu westchnięciem i skinął głową.
– No dobrze, to… eee… ja już pójdę i… miłej pracy czy coś – mruknął, wstając.
– Okej, do zobaczenia – odparł Seth.
Joshua wyszedł z gabinetu. Serce waliło mu jak młot, a za każdym razem, gdy tylko rozluźnił szczękę, ta na nowo się zaciskała. Wziął głęboki wdech. Czemu od razu nie powiedział sobie, że jego błagania, które po upływie paru minut określił w duchu jako żałosne, nic nie dadzą? Podrapał się po głowie. Kiedy przemierzał korytarz, towarzyszyło mu dziwne uczucie, wpychające płomienne rumieńce na jego policzki.

*

– …i ona wtedy powiedziała takie: Strzelaj, to wróg!, a ja doskonale widziałam, że to była Faith, bo miałam noktowizor. I wtedy ja trach!, Faith trach! i Maureen już była cała w farbie, naszej farbie! I wtedy wzięłyśmy jej flagę, a potem…
– Dobra, już się uspokój, Mad – powiedział Joshua i teatralnie wywrócił oczami. – Jeszcze zejdziesz mi na zawał.
– Oj, no trudno! Chciałam ci po prostu jakoś umilić to, że nie mogłeś przyjść, a…
Westchnięcie Josha wystarczająco zachęciło Madelyn Johnson do tego, by zamilknąć. W gruncie rzeczy chłopak trochę zazdrościł jej, że mimo iż przyjechała z misji mniej niż tydzień temu i to z granatową koszulką, wzięła udział w meczu paintballowym, podczas gdy on sam mógł co najwyżej spoglądać na wszystko zza bramy.
Po tym, jak Madelyn powróciła, nie zapowiadało się na to, by ktoś mieszkający razem z Joshem i Maddie miał wyjechać przed świętami, a przynajmniej wszyscy mieli taką nadzieję. Wraz z przyjazdem dziewczyny w domu numer dwadzieścia trzy zmieniło się dużo – Joshua już z daleka widział świecącą na jednym z parapetów miniaturową choinkę, a zdobyta przez nią nieznanym sposobem figurka świętego Mikołaja stała obok drzwi i machała ręką.
Joshua przepuścił Madelyn w drzwiach i gdy wszedł do środka, odruchowo przymknął oczy, gdy nagle otoczyło go ciepło. Od razu zaciągnął się obecnym w całym domu korzennym zapachem, a także usłyszał spokojną muzykę. Głośną, spokojną muzykę.
Madelyn zdążyła już się rozebrać i gdy tylko zajrzała do salonu, znieruchomiała. Szeroki uśmiech zgasł w ułamek sekundy, a sylwetka stała się nieco zgarbiona. Dziewczyna dopiero po chwili odwróciła się i wpatrzyła w oczy Josha.
Rooney, zupełnie nieświadomy tego czynu, beztrosko ściągał kurtkę, czapkę i buty. Wyciągnął telefon z kieszeni czarnych spodni dresowych z Nike i szybko sprawdził godzinę. Jego brwi wyskoczyły w górę, gdy zobaczył na wyświetlaczu godzinę dziesiątą wieczorem.
Wtedy Madelyn odchrząknęła, więc Josh szybko podniósł na nią wzrok. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, jak zmieniła się mimika Johnson.
– O co chodzi? – spytał, wygaszając telefon.
Madelyn dyskretnie wskazała na salon. Joshua wzruszył ramionami, ale koniec końców ruszył za spojrzeniem Maddie.
Momentalnie uderzyła w niego fala gorąca; nie był pewien, czy bardziej z zażenowania, czy mocnego zakłopotania. Zimne dreszcze przebiegły mu po plecach.
Na ekranie telewizora widniała włączona komedia romantyczna z włączonym na maksymalnym poziomie głosem. Jednak to nie głośny dźwięk sprawiał, że Joshowi krew mocno pulsowała w czaszce, niemal ją rozsadzając. Widok Warrena całującego się z Chloe na kanapie sprawił, że Joshua poczuł się… dziwnie. Wyraźnie wyczuwał, że temperatura między nimi sięgnęła zenitu; wskazywały też na to ciche jęki. Joshua uniósł dłoń do skroni i głęboko westchnął.
– Boże, widzisz, a nie grzmisz… – szepnęła Madelyn tuż przy jego uchu.
– Są zakochani, więc niech robią, co chcą – zaszydził Josh.
– Chociaż w sumie nic złego nie robią…
– Ta. Prawie się połykają.
– Ale chociaż nie bzykają.
Rooney opuścił dłoń, spojrzał na Madelyn i uniósł brew.
– Prawie. Poza tym musielibyśmy potem wymieniać tę kanapę… – mruknął, drapiąc się po karku. – I czemu tak właściwie my robimy za jakieś przyzwoitki? Dajmy się wyszaleć napalonym pieskom.
Madelyn ponuro się uśmiechnęła. Jeszcze raz zlustrowała wzrokiem salon, starannie omijając sofę i wszystko, co się na niej działo.
– Są napici – stwierdziła, wskazując ruchem głowy na stół. – Stoją tam butelki.
– Ja pierdolę, skąd on to wszystko bierze? – mruknął Rooney pod nosem.
– Też się nad tym zastanawiam…
Joshua nie wypowiedział już ani słowa więcej. Ani razu nie spoglądając na Warrena i Chloe, podjął wspinaczkę po schodach, mając ogromną nadzieję na to, że przejdzie niezauważony. Kiedy doszedł do półpiętra, poziom nadziei gwałtownie mu podskoczył.
– Ej, Joshie, nawet się nie przywitasz?
Rooney zatrzymał się i przeklął w duchu. Powoli obrócił się w stronę Warrena, który zdążył już odlepić się od czerwonej na twarzy Chloe. I ona jest młodsza ode mnie...
– Jesteś zajęty, nie chciałem przeszkadzać – odparł Joshua, przekrzykując telewizor.
Z łatwością dostrzegł, że Warren uniósł brwi.
– Co ty taki zgorszony, Joshie? Coś nie tak?
– Raczej zazdrosny – zachichotała Chloe.
Josh zacisnął szczękę.
– Powodzenia! – wykrzyknął i zasalutował. – Tylko potem nie przychodźcie do mnie z płaczem, gdyby coś poszło nie tak. Debile – ostatnie słowo wymruczał pod nosem.
Kiedy znów się odwracał, kątem oka dostrzegł, że Madelyn przyglądała się całej sytuacji. Posłał jej przeciągłe, porozumiewawcze spojrzenie i ignorując pijackie krzyki Dallasa oraz Hamilton. Parę minut później zamknął drzwi do pokoju, a więc niemal całkowicie odizolował się od telewizora i dwóch ulubionych gołąbeczków.
Od razu skierował się do fotela przy biurku, usiadł i oparł głowę na ramieniu.
Warren coraz bardziej sobie grabił. Najpierw problemy z alkoholem (wciąż w pełni nierozwiązane), potem wesoła zabawa z Chloe… Joshua zdążył już się dowiedzieć, że w kampusie za uprawianie seksu poniżej szesnastego roku życia groziło nawet wydalenie z CHERUBA, a dodając do tego uzależnienie Dallasa, ta wizja była coraz bliżej. Wciąż jednak doskonale się z tym krył.
Ale naprawdę nikt jeszcze niczego nie zauważył…? Joshua podrapał się po skroni i pociągnął nosem. Czy nie lepiej będzie...
Ktoś zapukał do drzwi.
Joshua w pierwszej chwili pomyślał, że może to Warren wyjątkowo szybko się zreflektował i przyszedł oznajmić, że to zwykły żart. Problem tkwił w tym, że Warren pewnie nie zawracałby sobie głowy pukaniem i po prostu wszedł – czy raczej, patrząc na jego stan, wtoczył – do środka. Chociaż…
Nadzieja towarzyszyła Joshowi do momentu, w którym otworzył drzwi. Kiedy zobaczył twarz otoczoną burzą zdrowych, czarnych loków, wyraz jego twarzy natychmiast zrzedł.
– Eee… Czego chcesz? – spytał, unosząc brew.
– Wpuść mnie, Josh – powiedziała, robiąc krok do przodu. – Chyba musimy pogadać.
Joshua, zaskoczony, odruchowo odsunął się. Madelyn wmaszerowała do pokoju sztywnym tonem i usiadła na łóżku, po czym rozejrzała się. Na dłuższą chwilę zawiesiła wzrok na jednej ze ścian i delikatnie się uśmiechnęła.
– Boże, wciąż pamiętam, jak to malowałam… Nawet nie miałam okazji zobaczyć, czy przypadkiem tego nie zmyłeś i…
Wzrok Josha natychmiast powędrował w tamtą stronę. Jak się dowiedział miesiąc temu, jego karykaturalna podobizna i parę innych satyrycznych rysunków zostały namalowane właśnie przez Madelyn i miały być prezentem na urodziny. Koniec końców zostały niespodzianką i Joshua niemało wystraszył się ich, wstając następnego dnia.
– Żartujesz? – odparł Joshua, wracając do zajmowanego wcześniej miejsca na fotelu. – Przecież te rysunki są świetne. Nawet nie wiedziałem, że umiesz rysować.
– No widzisz… Życie bywa przewrotne.
Rooney przyznał jej rację wzruszeniem ramion. Nie podejmował tematu, gdyż był znacznie bardziej ciekawszy tego, w jakim celu Madelyn do niego przyszła i czemu chciała z nim porozmawiać. Parę westchnięć później Madelyn odezwała się dobitnym tonem:
– Musimy zrobić coś z Warrenem.
– Mam pomysł – odparł natychmiast Joshua z poważnym wyrazem twarzy. – Może pozwólmy mu wylecieć z CHERUBA. Jeden problem mniej.
– To chyba będzie zbyt…
– Nie, Mad, to nie będzie zbyt – przerwał jej Josh. – Musimy powiedzieć to Meryl. Myślisz, że skoro teraz pije i wpakowuje w to dwie inne osoby, to nie znajdzie sposobu na załatwienie czegoś… gorszego? Narkotyków na przykład? Mógłby sprowadzać trawkę z Kanady.
Madelyn szeroko otworzyła oczy.
– Jeśli pójdziemy do Meryl, przecież od razu wykopią go z CHERUBA! – zaprotestowała, ostentacyjnie zakładając ramiona na piersi.
– A wolisz, żeby zdechł przez ten alkohol? – spytał Josh. Przedłużająca się cisza ze strony Madelyn świadczyła tylko o jednym. – Nie ma innego wyjścia – dodał łagodniej. – I tak jeśli zrobi dziecko Chloe, to go wykopią.
Madelyn odchrząknęła.
– Mnie się wydaje, że to właśnie Chloe ma na niego zły wpływ.
– Raczej on na nią. Ona bez niego wydaje się całkiem spoko – stwierdził Joshua.
Zaczął rytmicznie bębnić palcami o biurko.
– To co w końcu robimy? – spytał.
Po westchnięciu Madelyn zaczęły się długie obrady na temat tego, co zrobić. Wymieniali jeszcze raz wszystkie plusy i minusy opisania całej sytuacji Meryl. Próbowali ustalić, kto bardziej miał na kogo zły wpływ i jakie czynniki miały na to wpływ. Zaczęły się spekulacje o tym, jakie cząstkowe działania podjąć; zrobić Warrenowi duże przeszukanie pokoju i wyrzucić wszystko, co miało związek z procentami? Może u Floyda tak samo? Ale z drugiej strony pewnie miał gdzieś bezpieczniejszy magazyn.
Może Madelyn jako dziewczyna mogła podjąć zbliżenia się do Chloe na tyle, żeby wypytać ją o wszystko? I Joshowi, i Maddie wydawało się, że będzie to dobre rozwiązanie ze względu na to, że bardziej liczyło się dla nich dobro Warrena.
Joshua wciąż próbował udowodnić Mad, że powiadomienie Meryl również będzie dobrą opcją, ale dziewczyna nie dała się przebłagać. Mimo iż zdawała sobie sprawę z tego, że przy takim obrocie spraw Warren prędzej czy później wyleci z CHERUBA, nie chciała tego przyspieszać.
Aż wreszcie, po blisko godzinie burzliwych dyskusji, nastała cisza. Madelyn zasnęła, gdy tylko przymknęła oczy. Joshua, nie chcąc jej wynosić z pokoju, zgasił światło, ułożył się wygodnie na fotelu i wyciągnął telefon. Oświetlany przez wyświetlacz, ostatni raz zastanowił się nad tym, czy nie wziąć spraw w swoje ręce.
Zobaczył dwie nieprzeczytane wiadomości od Faith, ale nim przekonał się do przeczytania ich, dał się porwać w objęcia Morfeusza.

*

– O Boże, plecy mi zdrętwiały – jęknął Joshua, obudzony piskiem budzika.
Madelyn przeciągle ziewnęła i odrzuciła kołdrę Josha na bok. Spojrzała na zegarek wiszący na ścianie, po czym wydała z siebie pisk.
– Jak to, ja tu spałam?!
Joshua wzruszył ramionami.
– Najwyraźniej.
Przeczesał włosy. Wyjątkowo dziwnie się czuł, kiedy Madelyn widziała go w stanie tuż po przebudzeniu się, z potarmoszonymi włosami, małymi oczkami i prawdopodobnie śmierdzącego potem. Podrapał się po karku w zakłopotaniu.
– Eee… Dobra, to chyba możesz już iść… – stwierdził.
W jego wyobraźni wyglądało to subtelniej.
– Przydałoby się – potwierdziła Madelyn, wstając z łóżka. – Miękko tu masz. – Uśmiechnęła się.
Joshua wstał z fotela i przeciągnął się. Kiedy coś strzyknęło mu w kręgosłupie, obiecał sobie, że definitywnie już nigdy więcej nie będzie spał na krześle, nawet jeśli ktoś zajmie jego łóżko. Zawsze istniała opcja zrzucenia przybysza na podłogę.
– Zostaw już te włosy – odezwała się nagle Madelyn.
Joshua zdał sobie sprawę z tego, że przyglądała mu się już od paru sekund.
– Niby dlaczego?
– Mógłbyś tak chodzić na co dzień. Uroczo wyglądasz w takim nieładzie!
– Ja nie mam wyglądać uroczo – prychnął Rooney z krzywym uśmieszkiem – tylko poważnie.
Madelyn przewróciła oczami.
– Czasami można dać się wykazać wewnętrznemu dziecku, Josh.
Rooney wzruszył ramionami, po czym ruszył za Madelyn w stronę wyjścia z pokoju. Kiedy tylko wyszedł na korytarz, usłyszał, że coś spadło na podłogę.
– Ja nie wierzę…
Joshua spojrzał na Faith, która zawieszała kolorowy łańcuch na barierce schodów. Na podłodze leżał jej telefon. Sama dziewczyna ubrana była w długą, wyciągniętą koszulkę i krótkie spodenki, odsłaniające długie, zgrabne nogi. Jednocześnie uwagę znacznie bardziej zwracał jej wyraz twarzy; szok pomieszany ze złością.
Joshua posłał jej pytające spojrzenie.
– Co się stało? – spytała Madelyn.
– No i co, Joshua? – zaatakowała Faith, ruszając w jego stronę. – Razem z Madelyn bierzecie przykład z Warrena i Chloe? Bo co, bo twój najlepszy przyjaciel jest starszy, to mądrzejszy i trzeba go naśladować?
Joshua z zaskoczeniem wysłuchiwał cedzonych przez nią słów. Faith zmierzyła go groźnym spojrzeniem.
– Ale o co ci niby, kurwa, chodzi? – wydusił.
Czuł się zupełnie tak, jakby malał pod wpływem wzroku Hemmings. Poczuł ukłucie w sercu.
– O co mi chodzi?! – krzyknęła Faith. – A w sumie… oboje jesteście siebie warci. Chyba nie powinno mnie to interesować. Najlepiej od razu zorganizujcie sobie czworokącik, może wam pomacham, jak będziecie odjeżdżać z kampusu – dodała.
W tej samej chwili drzwi pokoju Floyda się otworzyły. Madelyn wykorzystała sytuację i potowarzyszyła chłopcu w drodze na dół. Zostawiła Josha i Faith samych.
– Ale… weź głęboki wdech i powiedz na spokojnie, co się stało, bo nie za bardzo rozumiem – powiedział ostrożnie Rooney.
Faith zacisnęła pięści i powoli podeszła do kolegi. Zmniejszyła odległość między nimi na tyle, na ile się dało, po czym wycedziła:
– Jesteś go warty, Josh. Jeśli się dowiedzą i obaj wylecicie, nie mów, że nie ostrzegałam.
– Ale…
Joshua czuł, jakby żołądek zawiązywał mu się w supeł, gdy Faith jeszcze przez długą chwilę wpatrywała mu się prosto w oczy ze wściekłym błyskiem. Joshua zacisnął usta. Miał wrażenie, że Hemmings na parę sekund zatrzymała się właśnie na nich, po czym jednak odwróciła, podniosła telefon i ruszyła ku schodom. Mijając Josha, pociągnęła nosem.
Rooney wpatrywał się w podłogę, w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała Faith w szarych skarpetkach. Nie odwrócił się za nią, nie podążył wzrokiem, jak to miewał w zwyczaju. Stał w niezmiennej pozycji z bijącymi się myślami, rozsadzającymi jego głowę. Serce podchodziło mu do gardła, a usta lekko się rozchyliły.
Wziął drżący wdech.
Mętlik w głowie towarzyszył mu jeszcze długo. Mimo iż nie wiedział, co spowodowało wybuch wulkanu, odejście Faith pozostawiło go także z dziwnym uczuciem rozczarowania, będącym tak bardzo nie na miejscu.



~*~ 

Okej, oto i dwójka. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy być z niej zadowolona, czy nie, bo jakoś tak szło z nią ciężko, ale wreszcie jest, tak. Za to jestem pewna, że trójeczka będzie świetna! ♥
layout by oreuis