środa, 10 października 2018

21.

Mimo włączonego w samochodzie ogrzewania Joshua Rooney drżał z zimna. Opatulił się ramionami, uważając na to, żeby ten gest nie wydawał się przesadnie dziwny siedzącym z przodu Cole’owi i kierowcy. Nawet jeśli na głowie miał ważniejsze sprawy niż przejmujący chłód, Rooney nie mógł przestać myśleć o tym, że był koniec października, a on wyszedł w samej i to nie najcieplejszej bluzie. Dotychczas nie zwracał na to uwagi, ale zetknięcie z ciepłym wnętrzem samochodu drastycznie uświadomiło mu, że powinien się lepiej ubrać.
Spoglądał kątem oka na przerażonego Simona. Obserwował przesuwające się w samochodowym radiu napisy. Wsłuchiwał się w rozmowę poddenerwowanego Cole’a z kierowcą. Od czasu do czasu wpatrywał się w rytmicznie poruszające się wycieraczki, ścierające wodę z przedniej szyby.
Robił wszystko, byle tylko przed jego oczy nie wróciła wizja martwego, zakrwawionego Dariusa Barbera.
Wzdrygnął się na samą myśl o tym, co zobaczył paręnaście minut temu. Nie mógł uwierzyć w to, że odważył się wejść do środka, że udało mu się zachować zimną krew, że nie uciekł stamtąd z wrzaskiem. Teraz nie dowierzał, że właśnie jechał na zmierzenie się z wojną gangów. Prawdopodobnie. Żadna z siedzących w pojeździe osób nie wiedziała, gdzie podążała. Cole nie dostał żadnych dodatkowym informacji oprócz tego, że dom Barberów i szkółka piłkarska były ostrzeliwane przez zamaskowanych mężczyzn, ale to wystarczyło, by wszyscy zdali sobie sprawę z celu ich przejażdżki.
– Ja nie chcę! – pisnął Simon zachrypniętym, drżącym głosem. – J-ja jestem tylko dzieckiem, oni mają jakieś karabiny!
– Uspokój się, Caffrey – warknął Cole, odwracając się w stronę lamentującego chłopaka. – Ile ty masz lat, dwanaście, trzynaście? Chyba pora już dorosnąć – dodał, z poirytowaniem wypuszczając powietrze ustami.
– Ale oni mogą nas zabić!
– Caffrey – odparł twardo Cole. – Trochę dla nas pracowałeś, dostawałeś za to pieniądze i przydałoby się jakoś odwdzięczyć, nie uważasz?
Joshua odruchowo prychnął z rozbawieniem. Jeśli Cole naprawdę myślał, że w zamian płacenie wynagrodzenia Simon powinien ryzykować własne życie, to Rooney życzył mu powodzenia.
– A co ma jedno do drugiego?! – spytał Simon i momentalnie się wyprostował. – Chyba mnie nie zmusisz do zrobienia czegoś, czego nie chcę!
– Owszem, zmuszę – wycedził Cole. – Warunki, na jakich zostałeś przyjęty do pracy, były jawne i sam się pod nimi podpisałeś.
– Niczego nie…
– Owszem, podpisywałeś – przerwał mu – i mówiliśmy, że w razie konieczności będziesz…
Kolejne prychnięcie Josha sprawiło, że Cole momentalnie umilkł. Mruknął coś pod nosem i ani na moment nie spuszczając z tonu, dodał:
– Spróbuj tylko uciec, to więcej nie będziesz miał szans na zarobek. W przyszłości także.
– Że co? – prychnął Joshua. Dłużej nie mógł słuchać, jak Cole szerzył takie głupoty. – To jego sprawa, czy chce trafić na ostrym dyżurze przez deb… osoby zmuszające go do bicia się z jakimiś uzbrojonymi gangsterami. Odstawcie nas do domów i tyle, niech dorośli się pobawią – dodał, przeczesując włosy. – Poza tym wątpię, że możecie nam jakkolwiek zaszkodzić w poszukiwaniu pracy.
Poczuł na sobie spojrzenie Simona. Kierowca zaśmiał się, a Cole jeszcze bardziej wykręcił głowę i zmierzył Rooneya wrogim wzrokiem.
– A chcesz się przekonać?
Joshua wzruszył ramionami.
– Zanim się przekonam, będziemy nieżywi, więc w sumie bez różnicy.
– Złoty dzieciak – parsknął śmiechem kierowca.
– W każdym razie już za późno – stwierdził beztrosko Cole i usadowił się tak, żeby nie widzieć chłopców z tyłu.
Joshua z Simonem spojrzeli po sobie. Nawet w niemal całkowitym mroku Rooneyowi udało się dostrzec przerażenie wymalowane na twarzy kolegi. Sam aż tak mocno nie przeżywał jazdy na niechybną śmierć, ale dreszcze przeszywały go co parę sekund. Powinien powiadomić Jamesa? Kiedy? Koordynator z całą pewnością każe mu wycofać się z misji. A może jeszcze wydarzy się coś, co odmieni akcję o sto osiemdziesiąt stopni? Oczywiście kolejny raz, bo śmierć Dariusa Barbera broniła się sama.
A może to nie był Barber?” Przecież było ciemno, mogli źle zobaczyć… ale Cole pewnie nie robiłby afery z niczego, a Joshua nie doszedł jeszcze do takiego stanu, w którym miał przywidzenia. W gruncie rzeczy wolałby, żeby to było przywidzenie, ale tak czy siak łatwo nie wymazałby obrazu martwego ciała z pamięci.
Westchnął. Podrapał się po głowie. Zacisnął dłonie, żeby chociaż trochę je ogrzać. Oparł głowę o siedzenie.
Naprawdę powinien zadzwonić do Jamesa, żeby chociaż go powiadomić o całym zajściu. I żeby mógł mu wypowiedzieć ostatnie słowa.
Nie czekała ich długa droga, ale korki skutecznie utrudniały dotarcie na miejsce w odpowiednio szybkim czasie. Może było już po wszystkim i Joshua na darmo się tak zamartwiał?
Nagle z przodu rozległ się dzwonek. Joshua poderwał głowę, zupełnie tak, jakby wielkie rozstrzelanie już się zaczęło, ale to tylko Cole właśnie odebrał telefon. Simon, wykorzystując chwilę nieuwagi przełożonego, przysunął się do Josha, nachylił się do niego i szepnął konspiracyjnie:
– Masz jakiś plan na ucieczkę?
Rooney pokręcił głową.
– Jeśli chodzi ci o tę fizyczną, to nie mam. Ale jeśli duchową, to zawsze możemy dać się postrzelić. Lepiej szybciej niż później, nie? – mruknął pozornie entuzjastycznym tonem.
– To szło jakoś inaczej…
– A czy to ważne? – odparł Joshua, uśmiechając się szeroko. – I tak umrzemy. Nie zastanawiaj się nad tym, czy poprawnie powiedziałem jakiś związek fraze… jakiś tam.
Gdy tylko Rooney skończył mówić, także Cole zakończył swoje połączenie. Przez chwilę siedział w milczeniu, opierając łokieć na szybie, a głowę na dłoni. Westchnął. Ciszę przerwał kierowca, dotychczas mierzący się z w miarę szybkim przejechaniem przez zator drogowy. Zapytał, czy stan sytuacji się zmienił. Cole pokręcił głową i wpatrując się w przestrzeń za szybą, powoli powiedział:
– Nic a nic. Ponoć trochę ucichło, ale są już pierwsze ofiary… no i nadal nie wiadomo, o co chodzi. – Założył ręce na ramionach. – Atakowane są dwa miejsca jednocześnie. Twoja decyzja, dokąd jedziemy.
Kierowca uniósł brwi i uśmiechnął się.
– Ja tylko dowożę – stwierdził wesoło. – Może niech chłopaki zdecydują?
– W sumie. – Cole wzruszył ramionami i odwrócił się do Josha i Simona. – Willa Barberów czy szkółka piłkarska? Gdzie wolicie się… pobawić? – podkreślił ostatnie słowo, kpiąco spoglądając na Joshuę.
Rooney i Caffrey bezradnie spojrzeli na sobie. Żaden z nich nie chciał wydać decydującego wyroku, dlatego milczeli przez długą chwilę. Cole parę razy ich popędzał i widok Simona uświadomił Josha, że to on będzie musiał podjąć decyzję. Wydawało mu się to poniekąd zabawne, bo zazwyczaj to Simon był tym najtwardszym i najagresywniejszym, więc czemu nie był chętny na większe mordobicie? Czemu Joshua został zmuszony do takich działań?
Przemyślenie sprawy zajęło mu parę sekund. Doskonale wiedział, co chciał ratować jako pierwsze… a raczej kogo.

*

Boże, czemu ona nie może mi zrobić zwykłej kawy? Właśnie takie pytania zadawał sobie Dylan Barber za każdym razem, gdy upijał kolejny łyk kawy zbożowej. Dopiero co wrócił do domu, bo Jerome upierał się, że mieli coś ważnego do zrobienia. Guzik prawda. Podczas gdy wszyscy jego przyjaciele imprezowali w najlepsze, Dylan musiał siedzieć w domu, oglądać transmisję na żywo z dzisiejszego meczu i pić kawę zbożową. Czemu w ogóle zgodził się na wrócenie wcześniej?
Tak, to zdecydowanie największy błąd w moim życiu. Ale że matka jeszcze mnie nie wyczuła…
Odruchowo wyprostował się, obserwując rozgrywającą się na ekranie akcję. Był blisko zwyzywania swojego ulubionego piłkarza, gdy usłyszał jakieś dziwne dźwięki. Zdjął lewą słuchawkę, wsłuchał się w ciszę i podrapał po głowie. Nagle podskoczył.
Strzały.
Jestem aż tak pijany?, pomyślał, marszcząc brwi. Niedbałym ruchem wyłączył transmisję i obrócił się na fotelu. Położył słuchawki na blacie i ze zmrużonymi oczami wpatrywał się w drzwi. Na dole rozległy się kolejne strzały.
Co to, „Counter Strike”? Może ten śnieg był trochę feralny, ale… może zwariowałem?
Wyważenie drzwi.
Oszalałem. Zdecydowanie.
Nie ruszał się z miejsca w oczekiwaniu na… cokolwiek. Rozwój wydarzeń, który upewni go w przekonaniu, że pewnie podczas oglądania meczu zasnął i jego mózg podsuwał mu dziwne wyobrażenia tego typu. Drugą kwestią było to, że obstawiał, iż jeśli wstanie, to przewróci się po paru krokach, a nie miał najmniejszej ochoty na udawanie worka ziemniaków. Oparł się wygodnie o fotel i przez chwilę bujał się na nim w jedną i w drugą stronę do czasu, gdy drzwi do pokoju otworzyły się.
Czyjaś noga wsunęła się do środka. Jerome Barber odetchnął z ulgą, widząc, że jego brat był cały i zdrowy. Najciszej, jak mógł, zamknął za sobą drzwi, po czym podbiegł do Dylana na ugiętych nogach i kucnął tuż przed nim.
– Dylan, pora na spierdalanie – szepnął nerwowo. – Włamali się do domu… strzelają… Nie wiem nawet, czy mama jeszcze żyje…
– Kto się włamał? – spytał Dylan, marszcząc brwi. – Przecież mamy jakieś zabezpieczenia i…
– Ty naprawdę myślisz, że jakieś zabezpieczenia powstrzymają uzbrojonych kolesi?
– No nie – odparł Dylan, drapiąc się po głowie. – Ale gdzie niby mamy uciekać?
– Chodź i…
Obaj zamarli, gdy usłyszeli przerażony, kobiecy krzyk na dole. Spojrzeli po sobie. Jerome miał oczy jak spodki, a jego twarz momentalnie zbladła. Ruch grdyki wskazywał na to, że właśnie przełknął ślinę. Oddech Jerome’a momentalnie przyspieszył.
Pijany umysł Dylana jeszcze nie zdążył wydedukować, co się działo, dlatego najmłodszy Barber wpatrywał się w brata z tępym wyrazem twarzy. Po dłuższej chwili wywnioskował, do kogo należał ten krzyk. Dreszcz przebiegł mu po plecach.
– Co się stało, Jerome?
Starszy chłopak nerwowo przeczesał włosy.
– Ja nie… Nic złego – poprawił szybko, błądząc wzrokiem po twarzy brata. – Schowaj się gdzieś i… powodzenia – wydusił z trudem ze ściśniętego słowa.
– Jerome – wymamrotał Dylan. – O co chodzi? Co się dzieje?
– Ja pierdolę, musiałeś się akurat dzisiaj najebać? – podsumował Jerome pod nosem. – Skoro nie ma ojca, muszę ratować ojca.
– Ale…
Jerome przerwał młodszemu chłopcu gestem i powoli wstał.
– Dylan, schowaj się i… czekaj. Nie wychodź, dopóki nie przyjdą po ciebie dobrzy panowie – dodał z powagą.
Dylan skinął głową. Przetarł twarz chłodną, spoconą dłonią w próbach chociażby małego otrzeźwienia, ale dopiero zamknięte za Jerome’em drzwi uświadomiły mu, w czym właśnie brał udział. Strzały na dole także. Mimo tego, że całe piętro dzieliło od centrum zamieszania, jakby wyraźnie słyszał wściekłe przekleństwa Jerome’a i płacz matki. I kolejne strzały. I męskie krzyki. Wszystko, co nie powinno dochodzić do jego uszu podczas zwykłego wieczoru przed komputerem.
Owszem, Dylan zawsze chciał brać udział w strzelaninie, ale nie w takiej w jego domu. Ta była za mało ambitna i przyszła z zaskoczenia.
Przypomniał sobie, o co poprosił go Jerome parę sekund wcześniej. Umysł nagle jakby mu się rozjaśnił, ale gdy wstawał z krzesła w celu znalezienia sobie prowizorycznego schronienia, miał wrażenie, że jego nogi były zrobione z waty. Lekko zmrużył oczy i wyobrażając sobie, że był lornetką, rozglądał się wokół.
Kobiecy wrzask sprawił, że zamarł i przełknął ślinę. Łzy powoli podchodziły mu do oczu. Jego matka parę razy ostrzegała go przed takimi sytuacjami, ale nawet w najgorszych dniach nie obstawiał, że naprawdę tego doświadczy. Coraz mocniej uświadamiał sobie, co się działo. Wściekle przeklął pod nosem i przeczesał zmierzwione włosy dłonią. Jego wzrok niemal odruchowo popędził do łóżka i ciemnej przestrzeni pod nim. Kolejnym elementem, który mógł zapewnić mu schronienie, była szafa, zaś za trzecią możliwość uznał wyskoczenie przez okno. Problem polegał na tym, że skok z pierwszego piętra raczej nie skończyłby się najlepiej, a w najweselszym scenariuszu utrudniłby mu dalszą ucieczkę.
Mógł także wyjść z pokoju, ale ciężkie kroki na korytarzu, które słyszał coraz bliżej, momentalnie skreśliły te plany.
Przełykając łzy i nie czekając dłużej, podbiegł do drzwi, przekręcił klucz w drzwiach i zanurkował pod łóżko. Wątpił, że zamknięcie pokoju kiedy ktoś chodził po piętrze, było dobrą decyzją, ale wolał przedłużyć swoje życie nawet o te parę minut, gdy ten ktoś podejmie walkę z zamkiem.
Ostatni raz był pod łóżkiem sześć lat temu. Zawsze chował się tam przed bratem, kiedy bawili się w chowanego… Po pewnym czasie miejsce to stało się także swoistą ostoją bezpieczeństwa i gdy miał ochotę posłać cały świat w diabły, wchodził właśnie tam. Przez parę lat był to dla niego najłatwiejszy sposób na wyciszenie się i uspokojenie, a teraz biorąc głębokie oddechy, próbował odczuć coś podobnego.
Echa strzałów i krzyków skutecznie mu tu utrudniały.
Nagle usłyszał, jak ktoś próbował naciskać klamkę. Za drugim razem szarpnął ją mocniej, a gdy nie ustąpiła, pociągnął jeszcze bardziej. Dylan schował twarz w dłoniach i zamknął oczy, wsłuchując się w uderzenia w drzwi. Lekko podskoczył, gdy usłyszał wystrzał parę metrów od niego.
Gdyby tylko podniósł wzrok, zobaczyłby nogi mężczyzny, który pchnąwszy drzwi, wszedł do pokoju. Stanął na środku i przez chwilę powoli obracał się wokół, lekko uderzając bronią o nogę. Po paru sekundach ruszył w stronę biurka z komputerem.
Dylan nie zdążał połykać wszystkie nachodzące do oczu łzy. Starał oddychać się jak najpłycej i nie pociągać nosem, ale okazało się to znacznie trudniejsze, niż początkowo mu się wydawało. Mocno zacisnął dłonie na włosach. Próbował nie myśleć, że tym, co właśnie spadło na podłogę, był monitor jego komputera.
– Dyllie, jesteś tu? – usłyszał nagle.
Dylan znieruchomiał i wstrzymał oddech. Z łzami lejącymi się po policzkach trwał w jednej, niezmiennej pozycji i nie reagował na nawoływania faceta krążącego po pokoju. Mężczyzna zajrzał praktycznie wszędzie – do szafy, pod biurko… ale do małej przestrzeni pod łóżkiem nie. Dylan miał nadzieję, że tak pozostanie.
Myślał nad tym, kiedy skończy się ten najazd. Nie miał pojęcia, czy aby na pewno był to najazd, ale strzały podpowiadały mu właśnie te słowa. Przemknęło mu przez myśl, że strzelanina wyglądała zupełnie inaczej niż w grach. Tam wszyscy byli odważni i mężnie ruszali do walki, zabijając innych bez żadnych skrupułów. Nikt nie chował się pod łóżkiem, ale z reguły nie byli to dwunastolatkowie.
Po dłuższym czasie zorientował się, że znów był sam w pokoju. Przełknął ślinę. Czy to koniec?
Lekko się skrzywił, słysząc kolejne krzyki. Ktoś lekko wbiegł po schodach i głośno zaklął, wchodząc do pokoju.
– Dylan? – zawołał chłopak. – Stary, jesteś tu?
Dylan o mało co nie zachłysnął się powietrzem. Głos był łudząco podobny do Harry’ego.
Otarł łzy zaciśniętymi pięściami i powoli przesunął się w stronę krawędzi. A jeśli to była pułapka? Ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. Jego wzrok potrzebował dłuższej chwili, żeby przyzwyczaić się do światła, ale gdy tylko spojrzał w górę i zobaczył Harry’ego Owena we własnej osobie, miał ochotę go wyściskać. Błyskawicznie wysunął się spod łóżka i podpierając się o materac, chwiejnie wstał.
Pokój wyglądał tak, jakby przeszło przez niego tornado. Wszystkie ciuchy zostały wyrzucone z szafy i porozrzucane w losowych miejscach, monitor komputera leżał rozbity na szarym dywanie, a wszystkie szafki wysunięto i dogłębnie przeszukano. Cały pokryty kurzem Dylan idealnie pasował do tej scenerii.
– Harry, co tu się stało? Co z Jerome’em? I z mamą? I… – pytał łamiącym się głosem.
Harry wykonał w jego stronę uspokajający gest, po czym bez słowa wskazał mu łóżko, a sam wyszedł na korytarz i krzyknął:
– Żyje!
Tuż po tym Owen znów spojrzał na Dylana i posępnie się uśmiechnął.
– Z tobą wszystko dobrze? – zaczął, powoli podchodząc do przyjaciela.
Dylan pokiwał głową.
– Ale co się stało?
Harry zacisnął usta. Spojrzał na Dylana i z rękoma w kieszeniach wyjaśnił:
– W skrócie: jacyś faceci napadli na twój dom i słyszałem, że ponoć chcieli okraść… Kto mądry kradnie pod obecność mieszkańców? – dodał nieco ciszej. – No i jeszcze…
– Dylan, całe szczęście! – zawołał Jerome, który właśnie pojawił się w pokoju.
Z jego nosa sączyła się krew, teraz już zaschnięta, a okolica oka wyraźnie spuchła. Dylan zadrżał, gdy tylko zobaczył ponury uśmiech na bladej twarzy brata. Jerome odetchnął z ulgą, gdy tylko zobaczył Dylana. Usiadł obok niego.
– Jerome, co się stało? – spytał cicho Dylan.
– Ja… – zająknął się Jerome, błądząc wzrokiem po pokoju. – Ja nic nie wiem. Usłyszałem strzały i od razu przypomniałem sobie, o czym mówiła matka. Na początku myślałem, że to ty włączyłeś na głośniku jedną z tych swoich gierek, ale ten krzyk z dołu…
Milczał przez chwilę, głęboko oddychając. Dylan wpatrywał się w niego z szeroko otwartymi oczami.
– Kiedy wyszedłem od ciebie i zszedłem na dół, zobaczyłem, jak dwóch facetów mierzyło do matki i pytali, gdzie jest dziennik ojca… i wtedy jeden z nich ją uderzył, rozumiesz to? Uderzyli kobietę – prychnął Jerome. W oczach miał łzy, ale mimo tego mówił dalej. – No i coś we mnie pękło. Podszedłem do jednego, który był bliżej, ale nim go uderzyłem, walnął mnie dwa razy, właśnie w nos i oko. Od razu do mnie wymierzył, więc nie miałem innego wyjścia, jak tylko poddać się i… patrzeć, jak biją mamę.
Ann Barber od dłuższej chwili stała w drzwiach, ze łzami słuchając sprawozdania swojego syna. Kiedy tylko chłopak skończył mówić, obolała kobieta podbiegła do synów i mocno ich uścisnęła, nie zważając na jęk Jerome’a. Dylan mocno ją objął i przymknął oczy. Nie musiała minąć długa chwila, by jej ramię było mokre od łez najmłodszego syna. Zaś Jerome dyskretnie pociągnął nosem i nie mając chęci na zepsucie tej chwili, powiedział:
– Co teraz będzie z nami i tymi chu…
– Nie wiem, Jerome – szepnęła Ann – ale z całą pewnością nie skończą bez konsekwencji. Zwłaszcza za pobicie mojego syna – dodała zdeterminowanym tonem.
– Musimy powiedzieć tacie – odezwał się drżącym głosem Dylan.
Ann skinęła głową na tyle, na ile pozwoliły jej warunki.
– Musimy – zgodziła się – a potem dowiemy się, czym zawdzięczamy sobie tę strzelaninę.

*

Joshua wyszedł z pokoju Dylana, kiedy tylko Jerome wszedł do środka. Nie chciał przeszkadzać im w rodzinnej chwili wyjaśnień, dlatego wycofał się jak najszybciej. Kolejną kwestią było to, że nie chciał przypadkiem zdradzić paru słów za dużo, a Dylan powinien się dowiedzieć o śmierci ojca od rodziny, a nie od przyjaciela.
Przynajmniej wydawało mu się, że właśnie tak powinien postąpić.
Zamiast wrócenia na dół, szybkim krokiem wszedł do łazienki i uważnie zamknął za sobą drzwi. Gdy przypadkiem natknął się na swoje odbicie w dużym lustrze, szybko poprawił włosy, po czym oparł się o zlew. Wyciągając telefon z plecaka, rzucił krótkie spojrzenie na drzwi i upewnił się, czy na pewno dobrze je zamknął.
Dziesięć nieodczytanych wiadomości od Rose, dwie od Emily i e-mail od Faith. Wywrócił oczami. Czy to była oznaka tego, że był poddawany całodobowej kontroli?
Zamiast zająć się sprawdzaniem otrzymanych smsów, Joshua wszedł w kontakty i zjechał w dół, aż zatrzymał się na numerze zatytułowanym: Tatuś. Wziął głęboki wdech i delikatnie nacisnął zieloną słuchawkę.
Gdy zdał sobie sprawę z tego, co robił, natychmiast anulował połączenie z nadzieją, że jeszcze nie zdążył się połączyć z Jamesem.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że powinien do niego zadzwonić, ale świadomość, że koordynator zapewne każe mu się wycofać, skutecznie go dobijała. Nawet jeśli wcześniej nie był co do tego przekonany, coraz bardziej utwardzał się w przekonaniu, że musiał działać dalej. Tym bardziej, że udało mu się podsłuchać czegoś, co mógł zbadać dogłębniej tylko wtedy, kiedy byłby przy centrum akcji.
Jedną z wersji, które podsłuchał już w domu Barberów, było to, że zaatakowali konkurenci Dariusa Barbera w celu zdobycia listy kontaktów barona narkotykowego; w takiej sytuacji zamordowanie Barbera nie byłoby zadziwiającym posunięciem. Z drugiej strony – czy aby na pewno posunęliby się do tak drastycznych kroków?
Drugim, tym mniej prawdopodobnym zdaniem Josha scenariuszem, była rzeczywista chęć kradzieży majątku Barberów. W końcu mieszkali w bogato wyglądającym domu, więc to nawet by pasowało, ale równoczesne uderzenie na szkółkę piłkarską niszczyło wizję tego rozwiązania.
Tylko jedno było pewne – Joshua zdecydowanie pakował się w coś niebezpiecznego.
– Owen, co ty tam robisz? – usłyszał wołanie kierowcy.
Cicho przeklął pod nosem. Teraz było już za późno na zadzwonienie do Jamesa… ale nie na oddzwonienie. Rooney zaklął nieco głośniej, po czym odkrzyknął:
– Chwilka!
Szybko rozejrzał się. Zobaczył duży, kąpielowy ręcznik; założony na głowę teoretycznie mógł stłumić dźwięk. Wciskając zieloną słuchawkę lewą ręką, prawą narzucał na siebie ręcznik.
– Eee… cześć, James – powiedział cicho.
– Joshua? Przed chwilą dzwoniłeś, stało się coś?
– Noo, tak jakby – mruknął Joshua. – Zostanę trochę dłużej na imprezie.
Cisza po drugiej stronie się przedłużała. Rooney przymknął oczy, zastanawiając się, czemu nie powiedział prawdy.
– Przecież nie umawialiśmy się na konkretną godzinę – zauważył James ze zdziwieniem. – I widzę, że wszyscy już chyba śpią, bo jest u ciebie dziwnie cicho.
– Wszyscy może nie. – Uśmiechnął się Joshua. – Siedzę w piwnicy, tutaj nie słuchać tej muzyki aż tak głośno.
– Nikt cię nie słyszy?
– Nie – odparł Josh bez zastanowienia.
Wydawało mu się, że James wzruszył ramionami.
– No to… dobra, w razie czego zadzwoń po mnie, to przyjadę – powiedział Adams. – Nie wiem, czy rano i z kacem będziesz miał ochotę na pedałowanie.
Joshua trochę nerwowo się zaśmiał.
– Jeśli w ogóle będę przytomny, chciałeś powiedzieć – mruknął, drapiąc się po głowie.
– Harry, kończ to swoje posiedzenie! – zawołał kierowca, pukając w drzwi.
– Dobra, muszę kończyć… Cześć – powiedział szybko Joshua i rozłączył się.
W ciągu paru sekund zdjął ręcznik z głowy i zawiesił go na poprzednim miejscu. Wsunął telefon do kieszeni i z duszą na ramieniu spłukał wodę, po czym szybko udał, że mył ręce. Spojrzał jeszcze raz w lustro, wziął głęboki wdech i z zażenowanym uśmiechem otworzył drzwi do łazienki.
– Sorki – mruknął, wymijając kierowcę.
– Harry, czekaj. – Mężczyzna złapał go za ramię i zatrzymał. – Kazali mi zapytać cię, czy w ogóle chcesz wchodzić w to dalej po tym, co zobaczyłeś… tutaj.
Rooney uniósł brew.
– Naprawdę mam wybór? – spytał, zakładając ręce na ramieniu.
Mężczyzna lekko się uśmiechnął i przeczesał jasnobrązowe, postawione włosy.
– Barber tak cię chwalił, to pokaż, co potrafisz, młody. – Wyszczerzył się.
Joshua przewrócił oczami. Nigdy więcej szacunku na dzielni, pomyślał, po czym wsadził ręce do kieszeni spodni i najbardziej niepewnym głosem, na jaki było go stać, spytał:
– Ale naprawdę muszę dalej… nie wiem, walczyć? Przecież jestem tylko dzieciakiem…
– Cwanym dzieciakiem – podsumował kierowca z uprzejmym uśmiechem. – Jeśli się postarasz, to coś wymyślisz, tylko musiałbyś iść do Cole’a.
Rooney westchnął i lekceważąco machnął ręką.
– Uważasz, że mam w ogóle jakiekolwiek szanse?
Mężczyzna posłał mu zagadkowy uśmiech i wzruszył ramionami, nie odzywając się ani słowem. Joshua westchnął i zrozumiał, że nie ma szans, żeby mężczyzna jakkolwiek mu pomógł, dlatego z ewidentnie niezadowoloną miną zdjął ciężką łapę ze swojego ramienia i ruszył na dół. Gdy tak szedł przez korytarz i wreszcie znalazł czas, by dokładniej się rozglądnąć, zdał sobie sprawę z tego, że przywrócenie tego domu do poprzedniego wyglądu będzie wymagało dużo pracy. Niektóre drzwi były wyważone, parę okien wybitych, zaś obrazy pozdejmowane ze ścian i porozrzucane na podłodze. Joshua zaliczył niemal bolesne, bliskie spotkanie z jednym z malowideł, bo o mały włos w nie wdepnął.
A wolał nawet nie zastanawiać się, ile kosztowałoby odkupienie takiego obrazu.
Mimo wszystko teraz miał na głowie sprawy zgoła ważniejsze niż zastanawianie się nad jakimiś arcydziełami, toteż po niemal bezproblemowym pokonaniu rozłożonych pułapek i zejściu po schodach, dołączył do obradujących w kuchni Barberów mężczyzn. Wśród nich był Cole; resztę stanowiły mężczyźni, których Joshua co najwyżej kojarzył z widzenia.
Po drodze minął także pięciu rosłych mężczyzn, którzy napadli na dom Barbera. Obecnie mieli worki na głowach i związane ręce, ale gdy Rooney niemal na szarym końcu wszedł do domu, by kontynuować heroiczne powstrzymanie napadu, parę osób z Gangu Dariusa Barbera skutecznie ogłuszało wrogów przemocą. Lekko się skrzywił, gdy przypomniał sobie upiorny trzask wyłupywania stawu.
Kolejny raz uderzyła w niego świadomość, z jakimi ludźmi miał do czynienia. Z ludźmi, którym pobicie go na śmierć w razie nieposłuszeństwa nie sprawiłoby najmniejszego problemu. Przełknął ślinę.
Simon siedział na uboczu, opatulając się ramionami i wbijając wzrok w podłogę. Drżał.
Joshua wziął głęboki wdech i ignorując przeczucie, że za chwilę zostanie wyśmiany, pewnym tonem i bez ani chwili zawahania zaczął:
Sorry, ale ja nie wchodzę w wasze dalsze interesy.
Brodaty mężczyzna wymienił się spojrzeniami z Cole’em. Najwyżej dziewiętnastoletni chłopak, którego Joshua kojarzył jako Dave, zacisnął usta, ale nie powstrzymał delikatnego wykrzywienia warg.
– Cykasz się? – wydusił z trudem, czerwieniejąc na twarzy.
– Nie. Po prostu nie mam ochoty umierać dla kogoś, kto w ciężkiej sytuacji nie umarłby dla mnie – wyrwało się Joshowi.
Szklanka wody, którą trzymał jeden z mężczyzn, znieruchomiała w połowie drogi do jego ust. Mimo narastającej wewnątrz obawy o swoje dalsze istnienie, Joshua stał całkowicie pewny siebie: wyprostowany, z lekko uniesioną głową i z pełnym obojętności wyrazem twarzy. Jego wargi nawet nie zadrżały, gdy mężczyzna z rudą brodą powoli do niego podchodził z niebezpiecznym błyskiem w oczach. Zawisł tuż nad niewzruszonym Joshuą i czekał.
Joshua zaś, mimo iż serce waliło mu jak oszalałe, obiecał sobie, że musi zachowywać się jak Harry Owen do samego końca, nawet jeśli cały czas towarzyszyła mu wizja zgniecenia czaszki przez ogromne, owłosione łapy mężczyzny.
– Możesz się odsunąć? – spytał najspokojniej, jak tylko potrafił. – Robiłeś w życiu tyle złych rzeczy, a chcesz trafić do pierdla za molestowanie nieletniego?
Parę osób za Joshem się zaśmiało. Mężczyzna z brodą na moment się zacukał i lekko odsunął się od Josha, ale tuż po zreflektowaniu się uniósł rękę i położył ją na ramieniu Rooneya. Chłopak musiał napiąć większość mięśni, żeby nie przewrócić się pod naporem dłoni.
– Młody, nauczyli cię szacunku do starszych?
– Szacunek za szacunek – odparł Joshua, nie myśląc długo nad swoimi słowami. – Jeśli ktoś się ze mnie naśmiewa, to ja naśmiewam się z niego, ale w bardziej efektowny sposób.
– Dobra, już wystarczy, bo za chwilę wydrapiecie sobie oczy – stwierdził Cole i wstał z miejsca z cichym stęknięciem. – Harry, sprawa jest prosta. Jeśli nie jesteś frajerem, to musisz walczyć, a jeśli tak, to możesz wrócić do domku i teraz, ale prędzej czy później spodziewaj się policji.
Rooney uniósł brew.
– Serio grozisz mi, że mnie wsypiesz?
Cole rozłożył bezradnie ręce.
– Takie życie, Harry – powiedział wesoło. – Twój kolega już się zgodził, prawda, Simon?
Caffrey jak na zawołanie skinął głową.
– No właśnie, Harry. Chcesz go teraz zostawić?
Rooney przełknął ślinę. Zrobił krok do tyłu, by poszerzyć sobie pole widzenia, po czym przeczesał włosy. Spojrzał na Simona, potem na Cole’a, aż wreszcie na brodatego mężczyznę przed sobą. Już otwierał usta, by rzucić wyjątkowo cierpką uwagą, ale w tym samym momencie do pomieszczenia wszedł kierowca.
– No, to jedziemy już?
Cole rzucił znaczące spojrzenie Joshowi, który w odpowiedzi jedynie wywrócił oczami.
– Pewnie – odparł Cole, wsadzając ręce do kieszeni. – Harry, Simon, Dave, zwijamy się. Czas ratować dupy naszym kolegom. – Wyszczerzył się.
– Dzień jak co dzień – mruknął Joshua i z frustracją poprawił włosy.
Chłopak nazwany Dave’em prychnął z rozbawieniem. Joshui bynajmniej nie było do śmiechu. Kiedy wychodził z domu Barberów z wyrazem chęci zamordowania całego świata, zastanawiał się nad tym, jak szybko i bezpiecznie uciec z niebezpiecznego miejsca.
Aktualnie przestał już zwracać uwagę na konsekwencje swoich działań, tylko zaczął myśleć o wydostaniu się z niekomfortowej sytuacji. Obiecał sobie, ze jak tylko nadarzy się sposobność, skontaktuje się z Jamesem i wyjaśni mu wszystko.
Cholera, czemu nie zrobiłem tego wcześniej?
Z zaciśniętymi ustami wsiadł do samochodu i już miał nadzieję, że znajdzie jakąkolwiek okazję do poinformowania Adamsa o tym cokolwiek nietypowym zajściu, ale musiał cisnąć się między Dave’em i Simonem, więc znalezienie chociażby małej przestrzeni osobistej graniczyło z cudem.
Simon siedział całkowicie napięty i nie odzywał się ani słowem. Joshua parę razy szturchnął go ramieniem, żeby przedstawić mu zarysy swojego planu, ale Caffrey nie reagował. Rooney spoglądał na niego z lekko zmarszczonymi brwiami. Po pewnym czasie Caffrey najwyraźniej wyczuł wzrok Josha, bo także spojrzał na kolegę; jego usta wykrzywiły się w niezwykle wymuszonym uśmiechu, ale nim Joshua zdążył do niego zagadać, Simon już zajął się badaniem każdego milimetra siedzenia przed sobą.
W gruncie rzeczy Simon był jedyną osobą, na której Joshua mógł polegać. Rooney mniej niż godzinę temu przeżył to samo co on, ale w przeciwieństwie do Caffreya jemu udało się zachować zimną krew i mimo nieustannie towarzyszącego smrodu nie rozpaczał. A ciągle pamiętał, jak zawartość żołądka podskoczyła mu do gardła, gdy o mały włos nie wdepnął w zimne, pozbawione życia ciało. Zaś Simon…? Simon całkowicie się załamał.
Joshua pomyślał, że właśnie pod tym względem miał pewną… przewagę. Miał także wrażenie, że szkolenie podstawowego w pewien sposób wyprało go z emocji, a to bynajmniej mu się nie podobało.
Dave szturchał go co chwila, lekko śmiejąc się pod nosem, mimo tego Joshua nie odezwał się. Z zaciśniętymi zębami ignorował irytujące zachowania siedemnastolatka, dopasowując się do panującej w samochodzie cichej atmosfery, naruszanej jedynie przez idiotyzm Dave’a. Kiedy Joshua powoli tracił cierpliwość, przeszło mu przez myśl, że nie zostało jeszcze dużo drogi i wytrzyma to.
I wytrzymał. Z dławiącym uczuciem, że jechał na śmierć.
To towarzyszyło mu do momentu, w którym nie wszedł do szkółki piłkarskiej. Drzwi były w nienaruszonym stanie i dopiero korytarz wskazywał na to, że cokolwiek się tam działo. Joshua patrzył szeroko otwartymi oczami na rozerwany banner i przesuniętą sofę. Ktoś z podbitym okiem siedział na jedynym z postawionych na nogi krzeseł wśród mnóstwa poprzewracanych. Drżącymi rękami trzymał stary telefon i natarczywie wpatrywał się w ekran.
– Jasna cholera, Jeffrey! – zawołał Cole, szybko podchodząc do mężczyzny. – Co ci się stało?
– Ci… Meksykańce – wręcz wypluł te słowa – wpadli tu z pistoletami i jak zaczęli wszystkich bić, to spróbowałem się schować w biurze… ale znaleźli mnie i…
Przerwał mu dzwonek telefonu. Szybko spojrzał na wyświetlacz, a gdy odczytywał treść wiadomości, jego twarz powoli rozjaśniał uśmiech.
– Muszę iść, chłopaki – powiedział, wstając z cichym strzyknięciem kości. – Tamci chyba już poszli, ale nie dam sobie uciąć głowy.
Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, Jeffrey był już na zewnątrz, pozostawiając jeszcze większy niepokój w sercu Josha.
– No i nie będzie obijania mord? – spytał zawiedziony Dave, wsadzając ręce do kieszeni.
Joshua westchnął i przewrócił oczami.
– Nie wiem – odparł Cole, przeczesując włosy. – Przydałoby się po prostu znaleźć kogoś, kto powie nam coś więcej niż: Wpadli tu Meksykańce.
– No właśnie, wpadli tu Meksykańce – wyrwało się Joshowi. – Czego tu nie rozumieć? Zaraz wyskoczą nam zza rogu i tyle będzie z tego wesołego zlotu wariatów – mruknął i lekko wykrzywił usta w kpiącym uśmieszku.
Cole wzruszył ramionami.
– Może nie od razu… – westchnął. – W każdym razie serio musimy kogoś znaleźć, bo Jeffrey ściągał mnie tu z lekkim przerażeniem, a teraz uciekł. Coś musi być na rzeczy.
– Pewnie po prostu nas tu zawołał, żeby samemu nie mieć na głowie całej… napaści – odparł Joshua ostrożnie. – A teraz poszedł, bo przyszedłeś ty i zostawił ci szkółkę – dokończył swoje sugestie z rozbawionym spojrzeniem.
Cole uniósł brew i popatrzył na Rooneya z prawdziwie zaciekawionym wyrazem. Joshua po zdaniu sobie sprawy z tego, że Cole właśnie badał go na swój sposób, lekko prychnął z rozbawieniem i odwrócił wzrok, wkładając ręce do kieszeni.
– No to tak: Simon i Harry idą w lewo, ja, Dave i Ed w prawo… – stwierdził Cole i już ruszył z miejsca, kiedy to spostrzegł, że Joshua nie ruszył się ani o krok. – Owen, na co czekasz?
Joshua odchrząknął.
– Czemu w waszej grupie jest trzech napakowanych gości, a my jesteśmy dwoma dzieciakami, które nawet…
– Harry – przerwał mu kierowca Ed z lekkim uśmiechem – mówiłem ci już coś na ten temat. Jeśli cię zaatakują, pokażesz, co potrafisz. – Wyszczerzył się. – Trzej napakowani goście muszą pogadać.
Rooney posępnie się uśmiechnął.
– Zajebiście – mruknął na tyle cicho, żeby mieć pewność, że żaden z kolegów go nie usłyszy.
Nie czekając ani chwili dłużej, z morderczym wyrazem twarzy w lewą odnogę korytarza, a po drodze przypadkiem zahaczył o Dave’a, który nie zdążył w porę ustąpić mu miejsca. Joshua przez krótki moment był ścigany przez niemiłe wyzwiska, ale gdy tylko zniknął z pola widzenia Dave’a, poczuł się o wiele bezpieczniej. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, że Simon powoli wlókł się za nim.
Całe szczęście, że upewnił się, że nikt nie będzie za nimi szedł.
– Simon, zaraz wrócimy do domu – obiecał szepnięciem, przeczesując włosy. – Tylko daj im chwilę, żeby się rozeszli.
Caffrey spojrzał na niego z pustym wyrazem. Joshua poczuł okropne ukłucie w sercu.
– Serio chce ci się jeszcze stąd uciekać? – mruknął. – Po tym wszystkim, co tu widziałeś?
– A chcesz zobaczyć więcej? – spytał ostro Rooney, a przedłużającą się ciszę uznał za wystarczającą odpowiedź. – No właśnie. Więc plan jest taki, że…
– Czekamy, aż tamci odejdą i po prostu wychodzimy?
Joshua uniósł brew.
– Skoro ty to powiedziałeś, to gratuluję ci wspaniałego planu. – Uśmiechnął się ponuro, po czym podjął się wspinaczki po schodach. – Yuck, tutaj przeszedł jakiś armagedon? – wyrwało mu się, gdy tylko doszli na balkon i spojrzeli na halę.
Wziął głęboki wdech. Wiele osób leżało pod ścianą, inni kuśtykali w stronę wyjścia. Spod niektórych sączyła się ciemnoczerwona krew, niekiedy przeciekająca przez ubranie. Joshui podeszło serce do gardła, gdy ujrzał parę chłopaków w swoim wieku leżących w losowych miejscach na hali.
– O kur… – zaczął, ale głos uwiązł mu w gardle.
Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w zakrwawioną podłogę, na której jeszcze wczoraj biegał za piłką i strzelał gole. Teraz wydawało mu się, że widmo śmierci krążyło nad tym miejscem, zmieniając je w całkiem inne. Miał wrażenie, że to nie była ta sama sala szkółki piłkarskiej Dariusa Barbera, tylko jakaś inna, całkowicie mu nieznana. Czuł, jakby wszystkie dusze leżących na dole bez życia powoli go otulały, łapały za szyję i…
– Harry, nie patrz na to – powiedział Simon, ciągnąc Rooneya za ramię.
Joshua musiał zamrugać, żeby odzyskać orientację. Spojrzał na Simona jak na ducha, ale gdy wreszcie się zreflektował, skinął głową i ruszył dalej, kątem oka zerkając na halę. Serce zabiło mu szybciej, kiedy ujrzał Cole’a, Dave’a i Eda rozmawiających z jakąś kobietą.
Druga taka okazja mogła się nie zdarzyć.
– Tędy da się wyjść z powrotem do głównego wejścia, no nie? – spytał Rooney, dyskretnie wskazując na przeszklone, rozbite drzwi przed sobą.
Simon skinął głową. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale zamknął je natychmiast po zrozumieniu sensu słów Josha. Rooney posłał mu porozumiewawcze spojrzenie; ten powtórnie skinął głową, po czym chłopcy nieco przyspieszyli kroku.
Nie spotkali nikogo. Wyglądało to zupełnie tak, jakby Jeffrey wszystko sobie ubzdurał, a na hali leżeli zatrudnieni do przedstawienia aktorzy. Joshua miał ogromną nadzieję, że właśnie tak było, ale szanse spełnienia się tej tezy wynosiły blisko zero.
Gdy dotarli do głównego korytarza, serce Josha znacznie przyspieszyło. Bez słów nakazał Simonowi, żeby się zatrzymał, po czym na miękkich nogach ruszył do krawędzi ściany. Ostrożnie się wychylił.
Znów nie zobaczył nikogo.
– Dobra, możemy iść – syknął, odwracając się w stronę Simona.
Ostrożnie wyszedł i dokładniej się rozejrzał. Korytarz był całkowicie pusty i nic nie świadczyło o tym, że w ciągu ostatnich pięciu minut przebywała tu jakakolwiek istota żywa. Joshua, po pokonaniu labiryntu przewróconych krzeseł, stanął przed drzwiami i obejrzał się za siebie, jednocześnie zatrzymując się. Simon już prawie go dogonił.
Zaraz będziemy bezpieczni, zaraz wrócę do domu… Może jak sam powiem wszystko Jamesowi, to aż tak mnie nie opierdoli?
Rooney już chciał pchnąć drzwi, gdy nagle usłyszał jakieś przytłumione krzyki. Za lewym oknem można było zobaczyć światła latarek.
Joshua i Simon odsunęli się.
Rooney przyjrzał się osobom za oknem. Na moment zamarł, gdy zobaczył, że zmierzali do środka z karabinami w rękach.
– Simon, spier…
Nie dokończył.
Drzwi otworzyły się i coś wpadło do środka, a następnie głucho wylądowało obok niego. Gdy tylko spojrzał na mały, pikający przedmiot, oczy same szeroko mu się otworzyły.
– Nie, nie, nie, nie! – wrzasnął.
Złapał Simona za rękę i zaczął odbiegać z nim do tyłu. Jeśli to był prawdziwy granat, mieli jakieś cztery sekundy, żeby uciec. Licząc opóźnioną reakcję Josha, tylko trzy. Jeśli granat gorszy jakościowo, maksymalnie siedem sekund.
Simon potknął się o jedno z leżących bliżej krzeseł. Joshua zdążył na niego spojrzeć i jakby w zwolnionym tempie obserwował, jak Simon runął na podłogę.
Wtedy zahaczył o coś nogą.
Przerażony krzyk uwiązł mu w gardle. Kiedy lądował na ziemi, granat wybuchł parę metrów za nim i jeszcze odrzucił Josha do przodu.

*

Brianna z ciekawością zaglądała do ciemnego pomieszczenia pod starą szopą. Gdy upewniła się, że było tam całkowicie ciemno, poświeciła latarką. Mogła się spodziewać, że pod takim kątem padania światła praktycznie nic to nie da. Dostrzegła jednak mały odbłysk światła na jednym z… przedmiotów, które były w środku. Może po prostu ktoś miał tu zwykłą piwnicę, a ona właśnie się do niej włamywała…?
Piwnica z metalową klapą? Nowatorskie rozwiązanie.
Schyliła się, żeby lepiej tam zajrzeć. O mało nie spadła jej na głowę zardzewiała łopato.
– Stój, cholero – mruknęła, opierając niesforny rydel o stare szafki.
Dla pewności jeszcze go poklepała, po czym wsadziła sobie telefon z włączoną latarką do kieszeni i powoli wsunęła się do otworu, ostrożnie stając na stopniach metalowej drabiny. Czuła się o wiele pewniej, jeśli działała całkowicie legalnie; zanim chociażby pomyślała o wejściu do środka, zadzwoniła do Jamesa i poprosiła go o opinię, a skoro ten wyraził zgodę i wyraził w razie czego gotowość do pomocy, Brianna miała stały grunt pod nogami.
Schodziła po kolejnych szczeblach, co jakiś czas oglądając się za siebie. Miała świadomość, że jeśli ktoś chciałby ją odstrzelić, to zrobiłby to już dawno i tylko ta myśl trzymała ją od spanikowania i ucieczki z tego miejsca. Paradoksalnie chęć wykazania się na tej misji ciągnęła ją do środka i gdzieś głęboko czuła, że nawet jeśli miałaby dziesięć luf przyłożonych do czoła, to i tak spróbowałaby zwiedzić magazyn.
Lekko się skrzywiła, kiedy uderzyła stopą w podłogę z myślą, że był tam kolejny stopień. Szybko jednak się otrząsnęła i stanęła obiema stopami na ziemi, po czym odwróciła się, jednocześnie wyciągając telefon z latarką.
Prawie zachłysnęła się powietrzem.
Stało tu dziesięć dużych, metalowych kontenerów. Postawiono je w dwóch rzędach po pięć, a po drugiej stronie magazynu Brianna dostrzegła wejście do mniejszego pomieszczenia.
Odruchowo poprawiła włosy, po czym podbiegła do najbliżej stojącego kontenera. Jej kroki odbijały się echem po całym, ogromnym pomieszczeniu. W drodze do metalowej skrzyni Brianna zadarła głowę w górę i ku swemu zdziwieniu zdała sobie sprawę, że mimo szerokości sali sufit zawieszony był zadziwiająco nisko.
Najpierw dokładnie zbadała ściany kontenera. Okrążyła go z każdej strony, dokładnie oświetlając wszystkie miejsca latarką, ale nie zawieszono na nim nic, co jakkolwiek mogło naprowadzić ją na trop tego, co znajdowało się w środku. Nie mając innego wyjścia, poszukała drzwi do kontenera.
Mina jej zrzedła, gdy zobaczyła kłódkę. Na swoje nieszczęście nie miała ze sobą wytrycha i nie chciała próbować rozwalenia zamka, bo ten, kto przyszedłby do tego magazynu, od razu spostrzegłby zepsuty zamek. Mimo tych scenariuszy pokusa spróbowania otworzenia kontenerów była zbyt mocna.
Brianna Devy ujęła w dłoń klamkę. Szarpnęła raz. Szarpnęła drugi.
Kłódka upadła na podłogę, a echo trzaśnięcia rozniosło się po pomieszczeniu. Brianna zacisnęła usta po usłyszeniu tego dźwięku, ale nawet nie skomentowała tego wydarzenia. Zamiast tego powoli otworzyła drzwi i oświetliła wnętrze latarką.
W różnej wielkości woreczkach strunowych znajdował się biały proszek. Znajomy biały proszek.
Oczy Brianny otworzyły się szeroko ze zdziwienia, a jej wargi lekko się rozchyliły.
Jasna cholera, tutaj jest tyle kokainy, że...
Pokręciła głową. Nie było teraz czasu na kalkulacje.
Szybko przełączyła latarkę na aparat i zrobiła parę zdjęć zawartości kontenera. Wzięła głęboki wdech i pożyczyła jedną z mniejszych, leżących na uboczu paczuszek.
Doskonale wiedziała, ile ryzykowała. Jeśli ktoś ją z tym znajdzie, będzie w niemałych kłopotach. Jeśli ktoś spostrzeże, że brakuje kokainy, także będą kłopoty. Mimo wszystko musiała wziąć próbkę. Gdyby nie wzięła niczego, zapewne miałaby wrażenie nie wypełnienia swojej misji.
Zamontowała kłódkę z powrotem tak, byleby tylko się trzymała, po czym przeszła do dalszego spaceru wzdłuż kontenerów. W pewnym momencie minęła małą karteczkę, która nie okazała się potwierdzeniem transakcji, jak początkowo myślała, ale ulotką o wakacjach w Hiszpanii.
No, fajnie się tu bawią.
Nie miała zbyt dużo czasu. Nie wiedziała, ile mogła tu go spędzić, dlatego pominęła przeszukiwanie pozostałych skrzyń i pognała do drzwi prowadzących do mniejszego pomieszczenia.
Okazały się zamknięte i nie było sposobu, żeby Brianna weszła tam bez wytrycha i nie niszcząc niczego.
Ten swojego rodzaju zawód wytrzeźwił Briannę do tego stopnia, że zrozumiała, że nadchodził czas na opuszczenie tego magazynu czy cokolwiek to było. Rzuciła ostatnie spojrzenie na drzwi, po czym ruszyła z powrotem.
Może wreszcie moja obecność na tej misji się na coś przyda, pomyślała i podjęła wspinaczkę po drabinie.

*

Powoli otworzył oczy, ale nie zobaczył niczego. Słyszał jedynie nieznośny pisk w uszach.
Podniósł rękę i uświadomił sobie, że leżał na brzuchu. Krzywiąc się i cicho jęcząc, przewrócił się na plecy. Mimo iż to rozwiązało problem widzenia jedynie ciemności, czerń jedynie ustąpiła szaremu dymowi. Joshua zakasłał i z ogromnym wysiłkiem odpędził machnięciem ręki część chmury.
Gdy przeraźliwy pisk przestał rozbrzmiewać wokół, Joshua usłyszał stłumione krzyki i seryjne wystrzały. Początkowo mózg nie dopuszczał do wiadomości tego, co tu się stało; Rooney także początkowo nie zorientował się, czemu leżał na ziemi z bolącą nogą i klatką piersiową.
Nagle przez odległe wrzaski przebiły się ciche stękania.
Rooney przymknął oczy i początkowo je zignorował, mając wrażenie, że te dźwięki wydobywały się z niego samego, tylko że był w takim stanie, iż po prostu nie miał pojęcia. Po pewnym czasie, kiedy wreszcie uspokoił oddech, powoli dźwignął się do siadu. Delikatnie jęknął i odruchowo złapał się za brzuch, ale już po dłuższej chwili przyzwyczajania się do nowej pozycji powoli wstał.
Chmura dymu także się rozwiała, a wybite szyby, rozrzucone krzesła i oderwana posadzka przypomniały Joshowi, co się stało.
I z kim przeżył wybuch granatu.
Właśnie, Simon! Po plecach Josha przebiegł dreszcz, gdy zobaczył leżącego parę metrów przed nim Simona, kulącego się z bólu. Szybko do niego podszedł i kucnął tuż obok z mocno walącym sercem.
– Simon – szepnął, pochylając się nad kolegą. – Simon, co się dzieje?
Caffrey mu nie odpowiedział, a przynajmniej nie próbował. Wciąż łapał się za boczną część brzucha.
– Harry – wykrztusił w końcu, niemal dławiąc się powietrzem. – Chyba dostałem – dodał z trudem.
Joshua lekko zmarszczył brwi. Półgłosem poprosił Simona, żeby pozwolił mu zobaczyć rzekomą ranę; gdy tylko chłopak oderwał rękę od boku brzucha. Rooney głęboko zaczerpnął powietrza, kiedy ujrzał zakrwawioną koszulkę, a krwi wciąż i wciąż przybywało.
Cach, cach, cach – wściekle zaklął, delikatnie odsłaniając ubranie kolegi.
Krew nieustannie sączyła się z rany zlokalizowanej na lewej krawędzi brzucha. Joshua przez chwilę wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczyma i potrzebował dłuższej chwili, by przypomnieć sobie, co wkuwał przez tydzień na szkoleniu podstawowym.
Postępowanie w razie postrzału musiało być szybkie, gdyż z każdą chwilą malała szansa na przeżycie, zwłaszcza po postrzeleniu w głowę lub brzuch. W brzuchu ulokowane jest mnóstwo mocno ukrwionych narządów, dlatego można zakładać, że nastąpił krwotok wewnętrzny. Należy zatamować krwotok i jak najszybciej zadzwonić na pogotowie.
Joshua otarł czoło. Serce waliło mu jak młotem.
– Harry, czy ja umieram? – spytał Simon cienkim głosem.
Rooney, zaskoczony pytaniem kolegi, początkowo jedynie uniósł brwi w górę i zająknął się. Dwie sekundy później z determinacją pokręcił głową.
– Nie, Simon. Nie będziesz umierał, jeśli będziesz walczył – powiedział pewnym głosem.
Caffrey powoli skinął głową. Jego blada twarz wyrażała ból i cierpienie.
Joshua zaś skupił się i ze świadomością, że być może właśnie ratował komuś życie, zaczął przypominać sobie kolejne ćwiczenia. Na początku określił rodzaj krwotoku. Krwi z sekundy na sekundę było coraz więcej, a więc z łatwością podjął decyzję, która pomogła mu w dalszych działaniach.
Przy intensywnych krwawieniach i krwotokach należało zastosować opatrunek uciskowy. Na ranę należy nałożyć jałowy opatrunek i ucisnąć go palcami z siłą zapewniającą chociaż ograniczenie upływu krwi.
Joshua pomyślał, że problem tkwił w tym, że on nie miał żadnego jałowego opatrunku.
Na początku musiał odpowiednio ustawić Simona. Poprosił go, żeby ułożył się na plecach z podkurczonymi nogami. Rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś, na czym mógł podeprzeć głowę Caffreya.
Poduszka obok sofy.
Niemal tracąc równowagę, wstał i szybko podbiegł po przedmiot. Kiedy Simon był już w prawidłowej pozycji, Joshua przełknął ślinę. Teraz nadeszła pora na tę gorszą część – tamowanie samego krwotoku.
Jako iż nie dostrzegł żadnej apteczki i niczego, co mogłoby mu ułatwić tę czynność, Rooney postanowił zdjąć swoją bluzę i poświęcić ją dla dobra sprawy i czyjegoś życia. Dopiero gdy pozbył się wierzchniego ubrania, zdał sobie sprawę z tego, że na jego rekach pojawiła się gęsia skórka.
– Simon, przygotuj się – szepnął, po czym złożył bluzę i przyłożył ją do rany.
Caffrey lekko jęknął, odwracając głowę w drugą stronę. Przygryzł wargę i przymknął oczy, jednocześnie biorąc krótkie, urywane oddechy.
Joshua pomyślał, że w tym momencie przydałaby mu się trzecia ręka. Wciąż przyciskając bluzę, sięgnął do tylnej kieszeni po telefon. Serce podeszło mu do gardła, gdy niczego nie wyczuł. Próbował nie okazywać zaniepokojenia, ale świadomość, że najwyraźniej zgubił gdzieś komórkę, sprawiła, że zdekoncentrował się i na moment przestał uciskać ubranie. Rozejrzał się dookoła i odetchnął z ulgą, gdy niedaleko siebie dostrzegł telefon.
Kierunek: zadzwonienie po karetkę.
Usiadł na ziemi i wyprostował nogę, by zahaczyć nią o komórkę. Chwilę mu zajęło, nim wreszcie telefon wylądował w jego rękach.
– Chuj by tego nie strzelił – przeklął, gdy telefon po wydaniu komunikatu o dwóch procentach baterii wyłączył się. – Cholera jasna!
Nagle usłyszał za sobą głośne kroki. Z niepokojem obejrzał się za siebie; kroki rozbrzmiewały coraz głośniej.
Cole, na widok dwóch chłopców, zachłysnął się.
– Harry, Simon, co się stało?! – Zatrzymał się.
– Wiesz, urządzamy sobie piżama-party – odparł kwaśno Joshua. – Dzwoń po karetkę, dostał w brzuch. – Zerknął na stękającego Simona.
Cole pokręcił głową, klękając obok Caffreya.
– Nie ma szans. Jesteśmy otoczeni ze wszystkich stron. Nikt nie może stąd wyjść, bo inaczej rozstrzeliwują jak kaczki – stwierdził ponuro Cole.
– No to po, nie wiem, antyterrorystów, policję… Ja pierdolę, przecież tu umrze co naj…
– Harry, wiem – przerwał mu Cole – ale nie możemy. Przymkną mnie, ciebie… praktycznie wszystkich, bo tamci na nas nakapują.
Joshua zaczerpnął głębokiego wdechu.
– Kurwa, ty chcesz powiedzieć, że bardziej liczy się dla ciebie ratowanie własnej dupy niż dziesiątek innych? – zapytał powoli, a jego brwi powędrowały wysoko w górę.
Cole milczał długą chwilę, aż wreszcie gestem przekazał Joshowi, żeby się przesunął. Rooney początkowo chciał zaprzeczyć, ale zdał sobie sprawę z tego, że Cole po prostu chciał się z nim zamienić.
– To co teraz? – mruknął Rooney, siadając obok.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, ile czasu spędził obok Simona, trzymając go przy życiu, a kolejne minuty nieubłaganie upływały, coraz bardziej zmniejszając szansę na przeżycie.
– Próbujemy przeżyć – odparł Cole.
– Genialny plan.
– Wolisz iść tam i powybijać każdą osobę, którą spotkasz? – odgryzł się mężczyzna, posyłając Joshowi zjadliwe spojrzenie.
Rooney wzruszył ramionami.
– Lepsze to niż czekanie na śmierć, bo boisz się zadzwonić po policję – powiedział cierpko.
– Harry – warknął Cole. – Jak tylko…
– Jak tylko co? – przerwał Joshua. – Jak Simon się wykrwawi i inni ludzie na hali też, a ja dostanę kulką w łeb?
Nie czekając na odpowiedź, wstał i nonszalanckim gestem otrzepał się z niewidocznych pyłków. Odchrząknął, spojrzał na Cole’a, na Simona, a następnie na główne drzwi, po czym stwierdził:
– Masz się nim zająć.
– A ty gdzie idziesz?
– Powybijać każdą osobę, którą spotkam – odpowiedział Joshua z promiennym uśmiechem.
Zignorował wołania Cole’a i niemal całkowicie poświęcił się myślom o tym, jak zorganizować pomoc, przy okazji nie narażając ratowników na śmierć. Najgorszym, co tylko mogło mu się zdarzyć, było rozładowanie się telefonu, które skutecznie uniemożliwiło mu wykorzystanie najprostszej opcji. Mógł pożyczyć od kogoś komórkę, ale pewnie kiedy tylko ten ktoś dowiedziałby się, o co chodziło, od razu odebrałby mu telefon i kazałby w najlepszym razie spadać na drzewo. Kolejnym rozwiązaniem byłoby zabranie komuś telefonu.
Dźwięki wystrzałów stały się już niemal stałym akompaniamentem dalszej podróży Josha. Zdawało mu się, że z każdym następnym krokiem coraz bardziej zbliżał się do źródła zamieszania i niechybnie byłoby to prawdą, gdyby nie skręcił w pierwszy, prowadzący w lewo korytarz. Niemal natychmiast skarcił się za swoją nieostrożność, bo gdyby patrolował tam jakiś… mężczyzna, prawdopodobnie już skończyłby w kałuży krwi.
Zamiast dźwięku wystrzały usłyszał kobiece, przerażone krzyki i twarde, męskie. Nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie rozbrzmiewały w pokoju obok niego.
Joshua ujrzał, że drzwi były uchylone. Ostrożnie przez nie zajrzał i dostrzegł mężczyznę ostro krzyczącego na drobną, najwyżej trzydziestoletnią kobietę, która cała zapłakana klęczała na podłodze z rękoma założonymi za głową. Ze słów tej dwójki Josh wydedukował, że facet kazał jej coś przynieść, ale ona nie miała bladego pojęcia, gdzie to coś mogło być.
Joshua nie chciał ryzykować własnego życia tym bardziej, że zobaczył pistolet w rękach mężczyzny. Z drugiej strony czy uratowanie bezbronnego stworzenia nie należałoby do kategorii brawurowych czynów…?
Mężczyzna był najwyraźniej pewny siebie, bo pozwolił sobie nawet na odłożenie broni za pasek z tyłu i kokieteryjnym krokiem ruszył w stronę kobiety, pistolet z cichym stuknięciem spadł na płytki.
Joshowi mocniej zabiło serce. Jeśli naprawdę chciał uratować kobietę, nie znajdzie już lepszej sytuacji. Może po tym los mi się uśmiechnie, laska okaże się wróżką i przeteleportuje mnie do domu.
Szybkim krokiem wszedł do pomieszczenia. Nim mężczyzna spostrzegł, co się działo, Joshua już odepchnął leżącą na podłodze broń i ku swej uldze udało mu się dostrzec, że była to tylko atrapa.
– A ty czego tu szukasz, dzieciaku?! – zawołał mężczyzna, gwałtownie odwracając się do Josha.
– Jestem profesjonalnym łowcą gwałcicieli, mimo mi. – Wyszczerzył się Rooney.
Jego mina natychmiast spoważniała i nie potrzebował żadnej zachęty, by wyprowadzić prosty cios, który jednak został zablokowany przez faceta. Ten tuż po przechwyceniu ręki Rooneya mężczyzna spróbował uderzyć go drugą ręką. Joshua z łatwością wykonał unik i wykorzystując chwilową dezorientację faceta, wbił mu dwa palce pod żebra.
Mężczyzna zgiął się w pół, a Joshua wykorzystał tę chwilę, by wskazać kobiecie drzwi. Wyszła bez wahania.
Joshua uświadomił sobie, że stracił całą przewagę, jaką zyskał przez atak z zaskoczenia. Teraz pozostało mu jedynie poleganie na własnych umiejętnościach.
Wykonał boczne kopnięcie, ale stracił równowagę i mężczyzna złapał go za nogę, sprawiając, że Rooney runął na podłogę jak kłoda. Joshua spróbował wstać, ale w tym samym momencie facet kopnął miejsce, w którym Josh był przed chwilą.
– Młody, lepiej się poddaj, bo inaczej się zastrzelę – warknął zdyszany, pochylając się nad chłopcem.
– Atrapą? – odparł Joshua z kpiącym uśmiechem. – Powodzenia.
Zagadanie przeciwnika zawsze się sprawdzało. Kiedy facet niemal z pasją słuchał odpowiedzi Josha, ten zgrabnie wstał.
Jego triumf nie trwał długo. Mężczyzna wyprowadził wściekły, prosty cios prosto w przestrzeń między oczami Rooneya. Joshua przystąpił do podwójnej gardy i w momencie, w którym dłoń już prawie dotykała jego twarzy, przesunął się w bok i mocno opuścił oba ramiona, odbijając w dół rękę wroga. Wierzch jego lewej dłoni po wyprowadzeniu obrony z pełną siłą uderzył mężczyznę w miękką chrząstkę nosa.
Musi umieć się bić, pomyślał Joshua, gdy facet w ostatniej chwili kopnął Josha w brzuch.
Rooney jęknął. Momentalnie mignął mu moment, jak Carmen zaatakowała go tak podczas jednego z treningów. Wyobraził sobie, że ten dwumetrowy facet był właśnie taką małą, nieszkodliwą Carmen. A przy Carmen nigdy się nie poddawał.
Parę szybkich wymian ciosów później mężczyzna porządnie się zmęczył. Cały zadyszany, wyprowadzał coraz to wolniejsze ciosy, podczas gdy Joshua był w doskonałej formie i tylko odrobinę się spocił. Kiedy w dramatycznym geście złapał go za ubranie, Rooney jedynie stłumił uśmiech. Prawą ręką zanurkował pod trzymającym go ramieniem i boleśnie je wygiął, po czym dalej kontynuował oplatanie niczym boa dusiciel. Mężczyzna zgiął się do tyłu. W ciągu kilku sekund stracił równowagę, ale pociągnął za sobą także Rooneya, który boleśnie upadł na prawą rękę.
Joshua zyskał to, czego chciał. Zdał sobie sprawę, że mężczyzna prawdopodobnie nie podejmie się gonitwy, więc szybko wstał, wybiegł z pomieszczenia i w ostatniej chwili chwycił kobietę za nadgarstek, po czym puścili się wzdłuż korytarza.
– Co z nim zrobiłeś? – wysapała kobieta, z trudem dorównując tempa Joshowi.
– Zniwelowałem – stwierdził krótko Rooney, czym wywołał lekki uśmiech na twarzy kobiety.
Po pewnym czasie zatrzymali się, bo Joshua wyraźnie czuł, że trzydziestolatka zaczynała naprawdę tracić dech. Spoglądał na nią z niemałym rozbawieniem, bo sam ani trochę się nie zmęczył.
– Co pani tu robi? – spytał, lekko marszcząc brwi.
– Pracuję jako asystentka pana Barbera – wyjaśniła z ciężkim oddechem. – Dzisiaj musiałam być dłużej, bo go nie było, a dzieci ćwiczyły prawie do dziesiątej, ale…
– Ktoś pani przerwał – dokończył Joshua.
– Dokładnie.
Rooney miał okropne wrażenie, że skądś znał ten głos, ale za żadne skarby nie mógł sobie przypomnieć, do kogo należał.
– Mam samochód na parkingu – odezwała się kobieta, poprawiając czarne okulary. – Powinniśmy dać radę stąd uciec.
Perspektywa ucieczki wydawała się Joshowi fantastyczna, dlatego bez zbędnego namysłu skinął głową i ruszył za asystentką pana Barbera, która w chwili obecnej równie dobrze mogłaby zostać zatrudniona jako straszydło na Halloween, które zresztą zamierzał świętować za niecałe cztery dni. Oczywiście jeśli przeżyje.
Gdy tylko doszli do drzwi, Joshua przypomniał sobie, o czym wcześniej mówił mu Cole. Natychmiast się zatrzymał i otworzył usta, ale chęć wyjaśnień zniszczyła mu kobieta:
– Na co czekasz? Szybko!
I wyszła. Rooney nawet nie miał czasu na powiedzenie, co ich czekało za wyjściem ewakuacyjnym.
Zacisnął usta i przymknął oczy. Wzdrygnął się, gdy usłyszał parę szybkich strzałów.
Pierwsza osoba, która umarła przez niego.
Prawdopodobnie umierała druga, a może i trzecia, jeśli je złapali. Może jeszcze więcej, bo nie zdążył zadzwonić na policję.
Był cholernie ciekawy, czy Simon jeszcze oddychał, ale niosący się po korytarzu odgłos kroków uświadomił mu, że na dobrą sprawę nie miał czasu na zajmowanie się innymi.
Szybko się rozejrzał. Nie było tu niczego, co mogło dać mu jako takie schronienie; dreszcz przebiegł mu po plecach. Na ugiętych nogach przebiegł jeszcze kawałek. Automat z batoanmi. Jeśli Rooney stanie w odpowiednim miejscu, to nie będzie widoczny aż do czasu, w którym biegacz odwróci się za siebie. Nie było to ani trochę bezpieczne. Przełknąwszy ślinę, stanął za automatem jak najbliżej ściany, przymknął oczy i powoli zaczął godzić się ze swoim losem.
Kroki były słyszalne coraz bliżej. Joshua spłycił oddech, jak najbardziej mógł. Nogi zaczęły mu delikatnie drżeć. Zaklinał w myślach wszystko, byleby tylko nikt nie odkrył jego nieobecności.
Przedłużająca się cisza zaniepokoiła go. Lekko rozchylił oczy i ku swojej uldze nie ujrzał nikogo, kto mógłby mu w jakiś sposób zaszkodzić, ale jednocześnie nie wiedział, czy mógł się ruszyć z miejsca, czy nie. Mimo przekonania, że za chwilę na tym korytarzu dojdzie do egzekucji, poziom adrenaliny w żyłach Rooneya wzrósł na tyle, że chłopak postanowił się wychylić.
Nic.
Westchnął z ulgą.
Ostrożnie zaczął dalszą wędrówkę, gotowy do obrony lub schowania się w każdej chwili. Zadanie było tym trudniejsze, że wciąż od czasu do czasu dało się słyszeć strzały i krzyki, a Joshua miał nawet wrażenie, że rozbrzmiewały wyjątkowo blisko niego.
Na ścianie drugiego końca korytarza odbijały się czyjeś cienie. Joshua natychmiast czmychnął za najbliższą sofę i ostrożnie je obserwował, nasłuchując jakichkolwiek wrogich sygnałów. Jeśli chciał dojść do głównego wyjścia i sprawdzić, co z Simonem, musiał koło nich przejść, a nie miał na to najmniejszej ochoty.
Cholera jasna, i co teraz?
Szybkie przebiegnięcie? Zakradnięcie się i sprawdzenie? Co byłoby bardziej efektowne?
W końcu cienie poruszyły się. Stawały się coraz większe, zupełnie tak, jakby zmierzały w jego stronę… i słusznie myślał, bo po paru sekundach na zakręcie ukazali się dwaj chłopcy z jego drużyny piłkarskiej. Joshua wziął głęboki wdech i podziękował niebiosom, że nie byli to ci zwyrole.
Wyszedł zza kanapy i pewnym krokiem ruszył w ich stronę. Jeden z nich, z ciemnymi, kręconymi włosami i podłużnej twarzy, miał siniaka pod okiem; drugiemu brunetowi ściekała z nosa zaschnięta krew. Joshua był niemało zdziwiony, gdy zobaczył, że w rękach dzierżyli pistolety. Wpatrywał się w nich z uniesionymi brwiami i intensywnie zastanawiał się nad tym, kto wręczył im broń, ale chłopcy go ubiegli.
– Owen, a ty nie byłeś u Jeffreya? – zawołał loczkowaty.
– To on nie pojechał do domu? – wyrwało się Joshowi.
Drugi chłopak skinął głową.
– Wcześniej tak – odparł z uśmiechem – ale wrócił z dużymi zapasami, normalnie jak na wojnę! No i każdy, kto chce, dostał jakiś pistol czy coś. Zajebiście, no nie?
Rooney wzruszył ramionami.
– I co, zamierzacie tego… używać?
– Owen, ale ty jesteś spięty – zaśmiał się loczkowaty. – Wyluzuj. Jeśli będzie trzeba, to zastrzelimy jakiegoś świra, ale na razie spotkaliśmy tylko ciebie… Żeby nie było, ty jesteś innym typem świra i dlatego jeszcze cię nie zastrzelimy.
Joshua sztucznie się uśmiechnął, ale niemal natychmiast spoważniał.
– A nie boicie się, że wsadzą was do poprawczaka? – spytał, wsadzając dłonie do kieszeni.
Loczkowaty pokręcił głową.
– No i co z tego? Tam będzie lepiej niż w tej idiotycznej budzie – burknął, wywracając oczami. – Chcesz nam gadać jeszcze więcej moralnych głupot czy możemy iść?
Joshua, którego godność osobista w ten sposób została nadszarpnięta, bez słowa wyminął znajomych i gdy tylko znalazł się parę metrów od nich, puścił się sprintem w dół korytarza.
Skręcał na znajomych zakrętach, wymijał znanych z treningów ludzi. O dziwo nie spotkał nikogo z wrogiego obozu, dzięki czemu w przeciągu mniej niż pięciu minut znalazł się na odpowiednim korytarzu.
Rozejrzał się. Nie zobaczył tu nikogo; jedynie plama krwi na środku wskazywała na to, że ktoś ciężko ranny musiał leżeć na tej podłodze. Znalazł nawet swoją zakrwawioną bluzę, którą zarzucił sobie na ramiona. Skoro nikogo tu nie było, to może Simonowi udało się bezpiecznie wyjść? W głowie Rooneya zrodził się potworny dylemat. Zaryzykować i wyjść czy zostać i czekać na zbawienie? Nie miał bladego pojęcia, co powinien zrobić w takiej sytuacji, a brak możliwości skontaktowania się z kimkolwiek sprawiał, że Joshua miał wrażenie, iż stał na naprawdę kruchym lodzie.
Parę wdechów i wydechów dalej usłyszał, jak ktoś go wołał; ktoś jakby znajomy, o zachrypniętym, szorstkim głosie. Joshua od razu skojarzył go z zapachem papierosów i nawet nie musiał się odwracać, by zdać sobie sprawę z tego, że za jego plecami stał Jeffrey.
– Harry, czemu do mnie nie przyszedłeś? – spytał, unosząc jedną brew.
Chłopak wzruszył ramionami.
– Dzisiaj nie mam ochoty na bawienie się w strzelanki. Gdybyś miał snajperkę, to może bym się zastanowił… – westchnął, zaś Jeffrey lekko się zaśmiał.
– Dzisiaj niestety nie mam, za małe dystanse. – Uśmiechnął się. – Widzę, że skończyłeś prawie bez szwanku.
– Tylko moja bluza ucierpiała – zgodził się Josh – ale w sumie też godno…
Nie dokończył. Nagle do środka wpadła grupa ubranych na czarno osób w maskach, kamizelkach kuloodpornych i przede wszystkim z karabinami.
– NA KOLANA I RĘCE DO GÓRY! – wrzasnął pierwszy nacierający mężczyzna.
Joshua spojrzał na nich z zaskoczeniem, ale bez oporu wykonał polecenie. Prawa ręka niesamowicie mocno go bolała, przez co było to trochę utrudnione. Z trudem powstrzymywał się od stęknięć przy poruszaniu kończyną, ale dzielnie znosił ból. Towarzyszyła mu świadomość, że dla niego nadszedł koniec tej niemal samobójczej akcji.
Jeffrey musiał najwyraźniej nie wypełnić polecenia, gdyż jeden z antyterrorystów podszedł do niego pewnym krokiem. Josh aż bał się odwrócić, ale stłumiony jęk wyraźnie świadczył o tym, co stało się za plecami Rooneya.
– Dobra, możecie wchodzić – powiedział jeden z antyterrorystów przez krótkofalówkę.
Joshua klęczał z nietęgim wyrazem twarzy. Jedna z osób najbliżej niego wyrwała mu bluzę i przeszukała, po czym rzuciła pod jego nogi.
Jeffreyowi kazano uklęknąć obok Josha, wskutek czego Rooney od czasu do czasu szukał w nim pocieszenia – na marne. Charakterystyczny uśmieszek na twarzy Jeffreya ustąpił miejsca posępnemu wyrazowi.
W pewnym momencie do środka weszli już nie antyterroryści, a zwykli policjanci. Kiedy jeden z nich stanął za Joshem, by skuć go w kajdanki, Jeffrey syknął:
– Zostaw go, jest z nami.
Joshua lekko zmarszczył brwi.
– Jeffrey, nie mogę – odszepnął policjant. – Inni patrzą.
Korupcja?
W chwili, w której mężczyzna pociągnął prawą rękę Josha w dół, chłopak głośno syknął z bólu. Policjant poderwał go do góry właśnie za tą rękę, przez co Joshui wydawało się, że zaraz zemdleje z bólu.
– Idź, gówniarzu – warknął mężczyzna, popychając Josha. – Ofiara zdegenerowanego formalizmu – dodał pod nosem i wyprowadził Rooneya ze szkółki piłkarskiej, która tego wieczoru przemieniła się w wesołą strzelnicę.

*

Cela w komendzie policji była znacznie mniej przyjemna, niż mogłoby się wydawać. Przede wszystkim dominowała w niej szarość, naprawdę ponura i wcale nienastrajająca optymistycznie szarość, w której wydrapane były różne pseudonimy. Zakratowane okno było najładniejszym elementem całego pokoju, zaś drewniana, niewygodna prycza zdecydowanie najmniej spodobała się Joshui Rooneyowi, który mimo wszystko musiał gdzieś siedzieć i martwić się ręką. Każde poruszenie ramieniem sprawiało mu ból, dotknięcie każde, a jego wiedza lekarska podpowiadała mu, że albo miał nowotwór, albo ją złamał.
Westchnął. Nie miał pojęcia, ile czasu musiał jeszcze spędził na dołku, ale po siedemdziesięciu dwóch minutach zaczęło mu się niesamowicie nudzić, było mu zimno, a że nie jadł niczego od paru godzin, notorycznie burczało mu w brzuchu. Kabaret.
Musiał mocno zaciskać zęby, żeby nie wrzeszczeć z bólu. Kiedy tak w półmroku przyglądał się swojemu przedramieniu, miał okropne wrażenie, że było wygięte pod nienaturalnym kątem.
Po długim czasie skupiania się na opieraniu bólowi i cierpieniu, zamek w kratach zaszczękał. Rooney podniósł wzrok w tamtą stronę i ujrzał uśmiechniętego policjanta z ogromnym brzuchem.
– No, młody, dziś jest chyba twój szczęśliwy dzień – powiedział, otwierając drzwi. – Możesz wychodzić. Nie wiem, kim ty jesteś, ale natychmiast kazali mi cię wypuścić pod groźbą stracenia posady, a więc jestem – dodał, drapiąc się po głowie. – Twój ojciec czeka w głównym wejściu. Wziął już twoje rzeczy, więc twoim zadaniem jest tylko dołączenie do niego.
Rooney skinął głową i z nieukrywaną radością zsunął się z pryczy, po czym poczłapał do wyjścia. Ręka bolała go tak bardzo, że nie udało mu się wydusić z siebie ani jednego słowa, a dodatkowo zjadał go stres związany ze spotkaniem z Jamesem, bo co niby miał mu powiedzieć? Jak racjonalnie wytłumaczyć trafienie na komisariat, pomijając historię związaną ze szkółką piłkarską i samowolką?
Dotychczas był szczęśliwym dzieckiem. Chyba to się skończy.
Dojście na główny korytarz z malującym się po drugiej stronie wyjściem z komisariatu zajęło mu niecałe pięć bolesnych minut. James przywitał go z lekkim, ale nie zwiastującym nic dobrego uśmiechem, po czym wystawił w jego stronę plecak i bluzę.
– Możesz je potrzymać? – wydusił cicho Joshua, starannie omijając okolice oczu Adamsa.
– Eee… no dobrze – odparł zaskoczony Adams.
W ciszy dotarli do samochodu. Zapięcie pasów lewą ręką sprawiło Joshui trochę trudności i koniec końców mimo bólu musiał wspomóc się palcami prawej, ale nie obyło się bez ogromnego bólu. Rooney przygryzł wargę, żeby nie wydać z siebie żadnego niepożądanego dźwięku. Może to było tylko jakieś zadrapanie i niepotrzebnie zawracałby głowę koordynatorowi?
Przez krótką chwilę jechali w całkowitym milczeniu, aż nareszcie James odchrząknął, zwracając na siebie uwagę Josha.
– I co?
Rooney zdobył się jedynie na uniesienie brwi.
– Masz mi coś do powiedzenia? – spytał James, wzdychając. – Dzwoniłeś, że będziesz dłużej na imprezie…
– No i byłem – odparł Rooney z trudem.
– I od tak złapała cię policja…? Och, zapomniałbym. Ponoć brałeś udział w napadzie na szkółkę piłkarską.
Josh otworzył usta i przez chwilę zamykał je, otwierał… Nie mógł zrozumieć, o czym mówił do niego James.
– Przecież ja nikogo nie napadłem! Tylko broniłem…
James gorzko się zaśmiał.
– Że co?
– No jakoś tak wyszło – mruknął Joshua, wbijając wzrok w szybę.
– Ale jak ty się tam w ogóle znalazłeś? Najpierw byłeś na imprezie, potem poszedłeś do szkółki, a koniec końców byłeś na komisariacie… Jak? – podkreślił, unosząc brwi.
Rooney westchnął. Zdawał sobie sprawę z tego, że był to materiał na dłuższą opowieść, dlatego jedynie pokręcił głową i wydusił:
– Możemy porozmawiać o tym jutro? Jestem zmęczony i…
– Nie, Joshua – przerwał mu twardo James. – Nie chcesz powiedzieć, co się dzieje z naszą misją, tylko coś ukrywasz. Czemu, Joshua?
Josh momentalnie zdał sobie sprawę, że sprawa była o wiele bardziej poważna, skoro James zwracał się do niego per Joshua, a nie jak zwykł mawiać Joshie.
– James, ja ledwo mówię – jęknął, opierając głowę o fotel.
– Joshua, ty nie jesteś przypadkiem napity?
– Skąd to pytanie? – mruknął Rooney, unosząc brew. – Nie, nie jestem.
– To chuchnij.
Joshua wziął głęboki, uspokajający wdech i spojrzał na Jamesa jak na szaleńca.
– Jasna cholera, James! Chyba sobie coś zrobiłem w rękę, bo prawie nie mogę nią ruszać, boli jak diabli i chyba też spuchła… Dodatkowo jak ci debile mnie popychali, to jeszcze wykrzywili i…
James spojrzał na Josha ze zdziwieniem.
– Co ty zrobiłeś?
– Pewien grubas mnie popchnął i tak trochę się przewróciłem…
James uniósł brew i przez chwilę milczał, jedynie od czasu do czasu zerkając na Josha, który brał krótkie wdechy, żeby chociaż w taki sposób poradzić sobie z bólem. Po parunastu sekundach Adams podjął decyzję i poważnie powiedział:
– Ona może być złamana… Jedziemy do szpitala.
– Teraz? – jęknął Joshua.
– Tak, a niby kiedy?
Rooney wywrócił oczami.
– Ja pierdolę, jeszcze szpitala mi brakowało…
– SŁOWNICTWO – zagrzmiał James.
Joshua aż się wzdrygnął.
Sorry.
layout by oreuis